Miłość to śmierć, czyli „Halka” Trelińskiego

Mariusz Treliński wiele librett zamieniał m.in. na scenie Teatru Wielkiego Opery Narodowej w złoto. Przyszła pora na zmierzenie się z polską operą narodową. „Halka” nie jest najjaśniejszym puntem w karierze Trelińskiego. Raczej ugruntowuje pozycję reżysera jako jednego z najlepszych twórców operowych w Europie. Choć „Umarłe miasto” przejaskrawiał pozami swoich roznegliżowanych tancerek, to jednak przede wszystkim hipnotyzował ciężarem dramatu bohaterów. „Madame Butterfly” ubrał w jeszcze większą delikatność, sprawiając, że jego interpretacja przejdzie do historii jako jedno z najjaśniejszych wystawień tego dzieła. „Ognistego Anioła” zdemonizował do granic wytrzymałości, tworząc przy tym toksyczną hybrydę kinowych efektów z operowym wyrafinowaniem. Za każdym razem Mariusza Trelińskiego cechuje precyzja zapierającej dech w piersiach realizacji. „Halką” zaskoczył.  XIX-wieczna opera z muzyką Stanisława Moniuszki do libretta Włodzimierza Wolskiego to osadzona w konkretnym miejscu i czasie opera o góralach. Moniuszce w jego geniuszu wystarczyło wyobrażenie Tatr. Nigdy w nich nie był. W tym sensie muzyczne odtworzenie klimatu Podhala przez Moniuszkę było dużym eksperymentem. Podobnie jak pokazanie polskiego folkloru przez Mariusza Trelińskiego dziś. Dyrektor artystyczny TWON brawurowo rozprawił się z dziełem Moniuszki. Bez zawahania przeniósł bohaterów w klimat lat 70., pannom na weselnej zabawie założył białe kozaczki, a scenerię hotelu Kasprowy rękoma Słowaka
     
42%
pozostało do przeczytania: 58%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze