Sylwia Kołodyńska

Scorsese, Al Pacino i De Niro. Łączy ich to, że skończyli już 70 lat i w kinie gangsterskim czują się jak ryby w wodzie. Choć w odróżnieniu od nich mają niezmiennie bardzo wiele do powiedzenia. „Irlandczyk” to spokojnie prowadzona opowieść o niespokojnych rewirach. I znacznie więcej niż tylko genialny film o porachunkach mafijnych i polityce USA po wojnie.  Dobre kino gangsterskie nie istnieje bez precyzyjnie zbudowanego dramatu psychologicznego. I tym najnowszy film Martina Scorsese wygrywa. I nie chodzi tylko o możliwości, jakie daje na planie filmowym 140 mln dolarów wpompowanych w produkcję. Bo mamy tu do czynienia nie tylko  z opowieścią o tym, jak Frank „Irlandczyk” Sheeran (Robert De Niro) pokonuje drogę „awansu” od dostawcy mięsa do guru mafijnego świata. Ale co...
Najpierw była premiera w Londynie, potem przyszedł czas m.in. na Sankt Petersburg, Chicago,  Kopenhagę i Melbourne. Aż w końcu po 11 latach od światowej prapremiery w Royal Opera House w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej wystawiono „Infrę”. Balet do muzyki Maxa Richtera, która powstała po zamachach w londyńskim metrze w lipcu 2005 roku. Jeśli jakieś spektakle mają przechodzić do historii, to właśnie takie.  Tragedię  tak samo trudno wyrazić baletem, jak i muzyką. Max Richter, Brytyjczyk niemieckiego pochodzenia, wybitny kompozytor współczesnej muzyki klasycznej, podjął się tego zadania po zamachach bombowych w Londynie w 2005 roku. Trzy lata później, specjalnie dla choreografa Wayne`a McGregora na zamówienie Royal Ballet, powstała jego „Infra”. W 2010 roku...
„Zawsze mówiłem, że zrobię tylko dziesięć filmów. Teraz pokazuję dziewiąty i wcale się z dawnej deklaracji nie wycofuję” – zapowiedział Quentin Tarantino przy okazji premiery „Pewnego razu… w Hollywood”. Wydawać by się mogło, że chwyty, którymi zdobył światową kinematografię, zagwarantowały mu sukces, mimo że za każdym razem były… tanie. Udowodnił, że nieuk może zachwycić Hollywood. Że parodia taniego kina może być wyrafinowana. Że innowacje mogą wywodzić się z błyskotliwego obśmiania tradycji.  Arcydzieło… w Hollywood O ostatnim filmie Tarantino mówi się bez przesady, że to arcydzieło, które przeszło najśmielsze oczekiwania i przyćmiło „Pulp Fiction”. Ma mnóstwo odwołań i symboliki. Sharon Tate symbolizuje tu niewinność, Charles Manson...
Nie sądziłem, że produkcja filmu „Legiony” to kilka lat aż tak intensywnej pracy. Ale pięknej i często wzruszającej, gdy opowiadamy o praktycznie nieznanych dzisiejszym Polakom losach ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, a nie rosyjsku czy niemiecku – mówi Maciej Pawlicki, producent i współscenarzysta filmu „Legiony” w rozmowie z Sylwią Kołodyńską. Na ekrany polskich kin 20 września wchodzi wyczekiwana superprodukcja „Legiony”. Sceny bitwy pod Rokitną z pewnością przejdą do historii polskiego kina. Co czułeś wtedy na planie filmowym? Też tak myślę. Czułem to, co szarżujący aktorzy i kaskaderzy, bo przebrałem się w ułański mundur i dwukrotnie przejechałem w tej szarży ze wzniesioną szablą, krzycząc: „Niech żyje Polska!”....