Boss szuka celu

Rozpędzony koń z przepięknej okładki może być nieco mylący. Na najnowszym albumie Bruce Springsteen mocno zwolnił. Tym razem zamiast porywających tłumy protest-songów, usłyszymy garść pogrążonych w goryczy, melancholijnych opowieści.

Sprane dżinsy, koszulka w kratę, w ręku elektryczna gitara i ten charakterystyczny nieco zachrypnięty głos śpiewający „Born To Run”. Był rok 1975, a utwór pochodził z trzeciej już płyty Bossa. Jednak to dopiero wówczas zaczęła się jego oszałamiająca kariera, otwierająca drzwi na listy przebojów i kolejne kontrakty. To również wtedy ostatecznie ułożył się jego E Street Band, z którym zagrał później swoje największe piosenki. Jaką to miało mieć siłę rażenia, wszyscy mogli się o tym przekonać już pięć lat potem, po wydaniu najbardziej zgranego albumu „Born In The U.S.A”.

Dlaczego Boss? To zawsze on był liderem, do niego należało pierwsze i ostatnie zdanie, a także wyłącznie swoim nazwiskiem firmował kolejne projekty. Po latach jego przydomek dorobił się znacznie szerszego kontekstu. Wielokrotnie stawał się przecież liderem głośnych inicjatyw społecznych, co przynosiło legendarne już dzisiaj utwory, jak choćby „Streets Of Philadelphia”.

Po 46 latach od rozpoczęcia kariery ukazuje się dziewiętnasta już płyta Springsteena. Nie sposób oderwać oka od okładki. Skąpana w słońcu, rozległa przestrzeń amerykańskiej prerii, nad nią nasycone granatem niebo, z nisko zawieszonymi chmurami, a w centrum niespokojny koń z rozwianą grzywą. Proszę koniecznie obejrzeć tytułowy teledysk „Western Stars”, 70-letni dziś Springsteen znowu siedzi za kierownicą swojego pick-upa i ponownie przemierza amerykańską prowincję, zatrzymując się w przydrożnych barach. Z głośników nie dochodzi jednak mocny gitarowy riff, nie słychać rozszalałych dźwięków perkusji – chłopcy z E Street Band od kilku dobrych lat mają wolne. Bruce już nie wykrzykuje zachrypniętym głosem swoich protest-songów, lecz delikatnie nuci kolejne...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: