Kto zablokował rajd prorosyjskiej partii

Radykałowie z Konfederacji liczyli na dezintegrację prawicy. Chcieli w ten sposób w wyborach do Parlamentu Europejskiego zaistnieć politycznie na tyle, by móc realizować swoje dalekosiężne cele, najpewniej mocno godzące w polską rację stanu. Pierwszym celem ataku było środowisko klubów „Gazety Polskiej”.

Powyborczy poranek 27 maja nie mógł być miły dla polityków Konfederacji. Kładli się spać z poczuciem wykonania „planu minimum” – sondaże exit poll i late poll pokazywały, że ich ugrupowanie zdobyło ponad 6 proc. poparcia, a co za tym idzie – trzy mandaty. To niewiele, jednak taki wynik dawał im przewagę psychologiczną nad konkurentami z bardziej umiarkowanego ruchu Kukiz’15 i wiatr w żagle przed kluczową kampanią wyborczą do Sejmu i Senatu. Ostateczne wyniki zweryfikowały ich brutalnie. Polacy nie kupili retoryki opartej na zahaczających o antysemityzm fobiach i negacji obecnego kursu politycznego z jednoczesnym wyraźnym zwrotem na wschód, w stronę Rosji.

Roszczenia na sztandarach i atak na kluby
Ale plan tzw. konfederatów był dość prosty i miał prawo się powieść. Opierał się na założeniu, że jeśli przy tradycyjnej dla wyborów europejskich niskiej frekwencji zmobilizuje się radykalny elektorat, to uda się przekroczyć próg wyborczy. O tym, że marsz będzie długi, wiedzieli sami twórcy Konfederacji. – Nigdy przez wybory demokratyczne nie dojdziemy do pełni władzy, być może pojawi się okienko geopolityczne, w którym sytuacja taka będzie temu sprzyjała, ale na tę chwilę takich możliwości nie ma – mówił Robert Bąkiewicz, jeden z liderów nacjonalistów.
To dlatego kampania Konfederacji był jednowymiarowa i opierała się w zasadzie tylko na jednej kwestii – budowaniu strachu przed rzekomymi roszczeniami żydowskimi i opisywaną już „ustawą 447”. Eksponowanie tego elementu miało pozwolić zagospodarować wszelki margines polityczny – od jawnych antysemitów poprzez sympatyków absurdalnych teorii Grzegorza Brauna...
[pozostało do przeczytania 80% tekstu]
Dostęp do artykułów: