Chociażbym chodziła ciemną doliną, zła się nie ulęknę

Męki fizyczne i psychiczne, jakich Zofia Łuszczkiewicz doświadczyła przez wszystkie lata przebywania w ubeckich katowniach, odcisnęły na niej niezatarte piętno – na zawsze utraciła zdrowie. Jej ciało zżerała gruźlica kostno-stawowa i rak złośliwy szczęki, który rozwijał się w miejscu wybitych na przesłuchaniu zębów. Na wolności wyznała jednak: „Jestem poważnie chora. […] Bogu się jednak oddałam, tak jak czyniłam to zawsze podczas ośmiu lat więzienia, i jestem spokojna”. Jej ziemska wędrówka, znaczona czynieniem dobra i cierpieniem, zakończyła się 8 sierpnia 1957 roku, niedługo po opuszczeniu więziennych murów. W sierpniowy poranek 1948 roku rozświetlone słońcem ulice Wadowic przemierzała samotnie około pięćdziesięcioletnia kobieta w czerni, z zawieszonym u pasa różańcem i ogromnym białym kornetem na głowie, który skutecznie zasłaniał jej kruczoczarne włosy. Nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to zakonnica ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo. I gdy tak szła zatopiona w swych myślach, z nagła drogę zajechał jej samochód, z którego w okamgnieniu wyskoczyli umundurowani mężczyźni. Nie było czasu na żadne pytania i wyjaśnienia. Zmuszona wsiąść do auta zaczęła szukać odruchowo dokumentów i tłumaczyć, że przyjechała tu po jakieś rzeczy dla przedszkola. „Papiery nie będą potrzebne, siostro Izabelo, a może Zofio Łuszczkiewicz” – oznajmiono jej tonem niepozostawiającym żadnych złudzeń. Wtedy poczuła, że pali się jej grunt pod nogami.
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze