Naćpani od słów

Serial „Ślepnąc od świateł”, który jesienią pokazała widzom telewizja HBO, jest niewątpliwie wydarzeniem roku w swej kategorii, a zarazem fenomenem kulturowym. I choć nie brak na jego temat głosów krytycznych, popularność wydaje się zupełnie zasłużona.

Produkcja budzi emocje, nie zostawia obojętnym, zapada w pamięć i imponuje rozmachem. Jest bardzo polska, jak polska może być opowieść o polskiej mafii, polskich dealerach, ćpunach celebrytach i zwykłych osiedlowych dresikach, którym w łapy wpadły nagle za duże pieniądze. Zarazem jednak brak jej większości wad rodzimych seriali. To opowieść o Warszawie, która wydaje się specyficzną bańką, miejscem, w którym sukces się odnosi i za ten sukces się płaci. I nie można się targować. O Warszawie, w której transformacja już się dokonała i zakończyła, by dogonić wizję, jaką kilkanaście lat temu w swojej „Przenajświętszej Rzeczypospolitej” odmalował Jacek Piekara, tyle że zamiast polityków i Kościoła rząd dusz sprawują celebryci i dostawcy towaru, najczęściej kokainy. Mechanizm wysysania prowincji, sprostytuowania wszystkiego i wszystkich jest podobny, choć tu nie ma przecież politycznej dystopii, a portret miasta, które jest tuż obok nas, czasem, co gorsza, w nas samych.
Piekara to dość odległe skojarzenie literackie, tych jednak jest więcej. Przed serialem była bowiem książka, choć tak naprawdę proces ich powstawania był ze sobą spleciony prawie od początku. Jakub Żulczyk, pisarz wciąż chyba jeszcze młodego (ur. 1983) pokolenia, pokazał pierwsze rozdziały reżyserowi Krzysztofowi Skoniecznemu, który miał już wówczas za sobą swój fabularny debiut „Hardkor Disko”. Skonieczny tematem zainteresował się na tyle, że od razu postanowił w jakiś sposób przenieść czytaną historię na ekran, a gdy skomunikowała się z nim Iza Łopuch, producentka z HBO, sprawa stała się właściwie przesądzona. I stało się bardzo dobrze.

Dealer, gangster i Kuba
Młody dealer, obsługujący...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: