Król jest nagi

Czekaliśmy na gitarową rewolucję. Tymczasem nowy album Jacka White’a to przegląd wszelkich możliwych kierunków muzycznych. Choć płyta aż kipi od pomysłów, to świat musi poczekać na nowego króla rock’n’rolla.

Gitara Jacka White’a oraz perkusja jego żony Meg – tyle wystarczyło, by u progu XXI wieku zespół The White Stripes podbił serca milionów słuchaczy na całym świecie. Proste środki wyrazu zaowocowały fenomenalnym, świeżym i mocnym brzmieniem, zostającymi w pamięci riffami i ciekawymi tekstami. Zespół rozpadł się jednak, podobnie zresztą jak małżeństwo Jacka i Meg, siedem lat temu. Kolejne produkcje White’a, choć równie głośne i gitarowe, nie przebiły popularnością The White Stripes.

Tymczasem od początku roku tak jak miłośnicy muzyki pop czekali na kolejną płytę Justina Timberlake’a, tak świat rock’n’rolla z niecierpliwością wypatrywał zapowiadanego nowego albumu swojego króla. Jack White  potrafił zaś zbudować odpowiednie napięcie.
Najpierw Internet obiegła informacja, że muzyk otoczony instrumentami zamknął się w swoim domu w Nashville i tam pracuje nad nowym materiałem. Wszyscy zacierali więc ręce w nadziei na kolejne rockowe arcydzieło. Wkrótce okazało się jednak, że w domu nie zamknął się sam, lecz do współpracy zaprosił wielu muzyków, niekoniecznie związanych z gitarowym graniem.

W efekcie tej współpracy otrzymaliśmy płytę, która aż kipi od pomysłów. Choć eksperymenty zaskakują, to zdecydowanie nie wszystkie są udane. Rapujący Jack White w utworze „Ice Station Zebra” to najlepszy tego przykład. Syntezatorowe brzmienia, elektroniczne efekty, modyfikowane wokale w  „Get in the Mind Shaft” z powodzeniem mogłyby się znaleźć na płycie wspomnianego wcześniej Justina Timberlake’a. Fani nieodżałowanego The White Stripes muszą niestety zadowolić się gitarowym riffem w „Over and Over and Over” i króciutkimi solówkami, jak choćby ta w „Corporation”. Zdecydowaną ulgę przynosi natomiast udane country „What’s...
[pozostało do przeczytania 38% tekstu]
Dostęp do artykułów: