Genewa: liczy się krowa, a nie Wilhelm Tell

Genewa wita słońcem i widokiem Alp w oddali. Ta temperatura kontrastuje z polskimi marcowymi mrozami. Młody człowiek, który w imieniu organizatorów konferencji w ONZ wyjechał po mnie na lotnisko, nie może się nadziwić, że w moim kraju jest poniżej zera. Na lotnisku wita i żegna szwajcarska czerwona krowa z białym krzyżem. Helwecka gadzina jest wszędzie. Na kubkach, pocztówkach, czekoladach. Gdzie jej nie ma? Bo w „SUI A.D. 2018” to nie bohater szwajcarskiej wolności, ryzykujący życiem własnego syna, łucznik Wilhelm Tell jest symbolem sytych kantonów składających się na czterojęzyczny (niemiecki, włoski, francuski i retoromański) kraj. Tym logo jest do znudzenia komercyjne krówsko. Przed lotniskiem billboard – reklama nowych, częstych i tanich połączeń z Bałkanami. Pięć miast, z czego trzy… albańskie: Tirana, Skopje i Prisztina (a więc stolica zamieszkałego w tej chwili głównie przez Albańczyków Kosowa). Dodatkowo Zagrzeb i Bukareszt. Skąd ta fascynacja szwajcarskich mieszczuchów Bałkanami, a zwłaszcza ojczyzną Jerzego Kastrioty? Żadna fascynacja – to raczej czytelny sygnał, jak wielu Albańczyków osiedliło się, począwszy od lat 90. XX wieku, w Szwajcarii. To widać nawet po piłkarskiej reprezentacji Helwetów, gdzie poza nazwiskami tureckimi czy rodem z dawnej Jugosławii niemało jest albańskich właśnie. Dochodzi zresztą do znamiennych paradoksów, jak w czasie futbolowych mistrzostw Europy A.D. 2016, gdy w meczu Szwajcaria–Albania wystąpiło dwóch braci, z czego
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze