List z Turkmenistanu

Dodano: 11/05/2017 - Numer 5 (135)/2017

Prawdę mówiąc, nie za wiele jest krajów, o których mogę powiedzieć: tu mnie jeszcze nie było. Z tej listy właśnie ubył następny: po raz pierwszy zawitałem do Turkmenistanu. Z Polski można lecieć tam przez Moskwę, Frankfurt lub Konstantynopol. Udaję się tam przez ten ostatni – choć na tablicy świetlnej destynacji lotniczych na Okęciu widać wszak inną nazwę: Stambuł, a na boardingu mam litery IST od tureckiej nazwy Konstantynopola. Z Warszawy leci się tam nieco ponad sześć godzin. Najpierw prawie trzy do największego miasta imperium Erdoğana, potem przeszło trzy do Aszchabadu – stolicy państwa, które w czasach Związku Sowieckiego nazywane było „Turkmenią”, a oficjalnie Turkmeńską Socjalistyczną Republiką Radziecką. Leci się nad Morzem Czarnym, a potem Kaspijskim. Po lewej w dole jest Rosja, w tym olimpijskie Soczi, potem Gruzja z południowokaukaską Riwierą, czyli Batumi. Wreszcie lecimy nad Zatoką Turkmeńską, pozostawiając wciąż po lewej Oktumkum i szczyt Arlandag (ponad 1880 m n.p.m.) oraz Peski Chilmamedkum. Po prawej jest Balkanabat, dalej w głąb po przeciwnej stronie Kojmatdag. Egzotyczne nazwy, w jakiejś mierze egzotyczny, bo mało znany Europejczykom, kraj. Jego powierzchnia jest półtora razy większa od Polski, ale liczba ludności aż prawie pięć razy mniejsza niż nasza. Po prawej od naszego samolotu Chrebet Karagas, daleko po lewej jezioro Karakum. Schodzimy do lądowania w Aszchabadzie. Po prawej szczyt Tagarew (prawie 2250 m n.p.m.), po lewej pustynia
     
38%
pozostało do przeczytania: 62%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze