Armenia i cień Kremla

W hotelu Stanhope w Brukseli siedzę na lunchu z prezydentem Armenii Serżem Sarkisjanem. Po prawej Niemiec, jako drugi poseł z Luksemburga, po lewej Finka, Cypryjka, na końcu Czech. Z głową państwa tego najstarszego chrześcijańskiego państwa świata rozmawiam po rosyjsku. Koledzy z Zachodu są bezradni, nie rozumieją nic a nic. Tylko czeski europoseł, były korespondent wojenny w czasie czteroletniego konfliktu zbrojnego między Armenią a Azerbejdżanem w latach 90., mówi po rosyjsku. Prezydentem jest już drugą, ostatnią kadencję, ale akurat parlament w Erywaniu (nie mówmy „Erewań”, bo to rusycyzm!) zmienił system polityczny swojego kraju tak, że od 2018 r. prezydenta wybierać będzie nie cały naród, ale parlament, a realna władza przejdzie w ręce premiera. W kuluarach ormiańskiej stolicy mówi się coraz częściej, że owym premierem ma zostać właśnie... Serż Sarkisjan. Trochę to pachnie manewrem à la Rosja: „premier Putin, prezydent Miedwiediew”.

A po dwóch tygodniach jestem już w Armenii, gdzie z politykami nie tylko z Europy, lecz także USA, Australii i Izraela przyglądamy się kampanii wyborczej. Pamiętam, jak ormiański prezydent podkreślał, że dla równowagi sił w państwie konstytucyjnie zagwarantowano opozycji 33 proc. mandatów – jeśli nawet głosów padnie mniej, to specjalnie zwiększy się liczbę posłów, aby „przeciwnicy” rządu mieli godziwą reprezentację. Wynika to z systemu partycypacyjnego i jest próbą stabilizacji państwa, choć także zapewne w praktyce utrwalenia wpływów obozu władzy.

Wyżsi dowódcy wojskowi w Erywaniu po dobrej wódce mówią po rosyjsku przez zaciśnięte zęby: „Nikt tak nienawidzi Rosjan jak my”. W tym kraju już nawet dziecko wie, że, owszem, Rosja chroni granicę Armenii z Turcją, ale ta sama Rosja, wtedy jeszcze carska, oddała „świętą górę” Ararat Turkom (1915 r.). Ostatnia wizyta ormiańskiego prezydenta w Moskwie zakończyła się katastrofą – Kreml wymusił na Armenii przejęcie kontroli nad jej współpracą w ...
[pozostało do przeczytania 48% tekstu]
Dostęp do artykułów: