Pożegnanie z „szemraną Hillary”. Kto wybrał Trumpa?

Głębokie południe Stanów Zjednoczonych, niecałe cztery lata temu, przypadkowa rozmowa z – nazwijmy go – Johnem. Młody chłopak, pracuje jako ochroniarz. Zaczyna opowiadać o tym, że kraj jest podzielony jak nigdy. „A jak spróbują nam odebrać naszą broń, to wybuchnie druga wojna domowa!”. Sprawa prosta, kraj podzielił się w ciągu ostatnich ośmiu lat, a Trump wygrał, bo zagłosowali na niego południowcy – instynktowni nosiciele tradycyjnych amerykańskich wartości według jednych, rasistowscy prostacy według innych. Tyle że zdobycie stanów Południa nie daje zwycięstwa. OK – powiedzą zwolennicy Hillary Clinton z elit Wschodniego Wybrzeża i Kalifornii – ale Trumpowi swoją antyimigracyjną retoryką udało się zmobilizować jeszcze mentalnych pobratymców południowych „czerwonych karków” na Środkowym Zachodzie i północnym wschodzie – równie ksenofobicznych ubogich tzw. białych śmieci. Tych też by nie starczyło, a poza tym duża część tej grupy mieszka w stanach tradycyjnie głosujących na demokratów, których Trumpowi nie udało się odbić. A odbić kilka stanów musiał, robiąc wyłom w „niebieskim murze” demokratów (m.in. Michigan, Illinois, Wisconsin, Ohio, Pensylwania, New Hampshire), aby dojść do słynnej liczby 270 głosów elektorskich – minimum potrzebnego do zwycięstwa. Liczba głosów elektorskich do zdobycia w poszczególnych stanach odpowiada łącznej liczbie kongresmenów (proporcjonalnej do populacji stanu) i senatorów (tych jest zawsze dwóch) z danego stanu, co daje pewne
     
13%
pozostało do przeczytania: 87%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze