STRASZNY KARDYNAŁ

Nowakowski doświadczał grozy w swoim dorosłym życiu. Ale w „Przylądku…” opisuje te swoje pierwsze grozy, jeszcze niedojrzałe; jak te, które wywoływał kardynał z brodawkami, w rękawiczkach i z sygnetem, kiedy tak wsiadał pod katedrą do swojej karocy i jechał przez brzydki i odrapany wtedy Kraków, zatęchłą prowincję imperium Habsburgów. Uczmy się, jak tę grozę opisywać niedosłownie, ze wszystkimi odcieniami i w całej swojej złożoności. Największą grozę i najstraszniejsze wspomnienie Nowakowski wprowadza do wspomnień przez bajkę, którą opowiada mama. To opowieść o śmierci ojca i najstarszej siostry. Domyślamy się tylko, co stało się naprawdę. Grozę znajdujemy w historii o odwiedzinach świątecznych u śmiertelnie chorej koleżanki. I wreszcie groza przemyka ulicami, ba, mieszka w tej samej klatce, ta groza to c.k. żołnierze, obraz rozkładu cesarstwa i nadciągającej katastrofy. Ale u Nowakowskiego ci żołnierze to poczciwe Szwejki kochające się w służącej rodziny głównego bohatera. To wreszcie dystans, jaki okazuje babka symbolice monarchii. A także zabawy, takie same, jakie chłopcy lubią od dawna, być może od samego początku ludzkości, zabawy w wojny i wojsko. Nowakowski z rodzeństwem urządza pogrzeby ołowianym żołnierzykom, dokonuje nawet rytualnego spalenia Leonidasa, a przy okazji zasłon i firan w domu. Groza tego dzieciństwa to także ta sama groza, która czai się w polskiej historii, nie tej książkowej, ale doświadczanej rodzinnie w biedzie i w upokorzeniu. Mezalians zubożałej
     
44%
pozostało do przeczytania: 56%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze