Heroiczny apostoł miłosierdzia

„Ten jest dobry,
kto chce być dobry”
brat Albert


Był wzorcem dla Karola Wojtyły, gdy ten stał na rozdrożu, czy wybrać teatr, czy poświęcić się kapłaństwu. Wtedy to właśnie przypomniał sobie o bracie Albercie, który porzucił sztukę, by służyć najbardziej potrzebującym. I ostatecznie, tak samo jak niegdyś w Adamie Chmielowskim – poszukującym Boga malarzu, tak i w nim dokonał się duchowy przełom.


Już jako papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji brata Alberta. O tym pokornym i cichym opiekunie krakowskich nędzarzy wypowiedział znamienne słowa: „Pan Bóg prowadził go drogą niezwykłą: uczestnik powstania styczniowego, utalentowany student, artysta malarz, który staje się naszym polskim »Biedaczyną« (jak św. Franciszek z Asyżu), szarym bratem, pokornym jałmużnikiem i heroicznym apostołem miłosierdzia”.

Z miłości do ojczyzny
Przyszedł na świat w podkrakowskiej wiosce Igołomi w 1845 r., w rodzinie szlacheckiej pieczętującej się herbem Jastrzębiec. Wedle tradycji małego Adasia podawali do chrztu wraz z rodzicami chrzestnymi zaproszeni na ceremonię żebracy, by w ten sposób ściągnąć na niego z niebios błogosławieństwo ubogich. Chłopiec okazał się chorowity, toteż matka złożyła ślub Bogu, że jeśli jej pierworodny odzyska zdrowie, uda się z nim na pielgrzymkę do cudownego mogilskiego Pana Jezusa. I tak też uczyniła. W oktawę Podwyższenia Krzyża Pańskiego wyruszyła do świętego miejsca, trzymając na ręku malca przebranego w zakonny habit. Istniał bowiem zwyczaj, że w dziękczynieniu za uratowanie dziecięcia przyoblekano je w mnisze szaty. Nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że jest to symboliczna zapowiedź przyszłego losu Adama Chmielowskiego.
Niedługo jednak Adam cieszył się beztroskim dzieciństwem i rodzicielską miłością. Mając zaledwie siedem lat, przeżył boleśnie śmierć ojca, matka zmarła zaś, gdy ukończył pierwszą klasę warszawskiego gimnazjum. Osieroconego chłopca wychowywała...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: