Pamiętajmy o wczorajszym Wołyniu, pamiętajmy o dzisiejszej Moskwie

Dodano: 03/10/2016 - Numer 10 (128)/2016

Powiedzmy jasno: publiczne przypominanie i potępianie ludobójstwa  Polaków na Wołyniu jest nie tylko kwestią prawdy historycznej, lecz także szacunku dla samych siebie i własnych dziejów. Jednocześnie nie powinno i nie może prowadzić to do politycznego „antyukrainizmu” – bo to byłby najlepszy prezent dla Moskwy. Mówiono mi w Kijowie, że Ukraińcy z obawą czekali na premierę polskiej fabuły o ludobójstwie na Wołyniu Wojciecha Smarzowskiego. Pewnie te obawy byłyby znacznie mniejsze, gdyby wcześniej potrafili się rozliczyć z własną, doprawdy także bardzo  wstydliwą, historią  krwawego antypolonizmu. Nie mogli tego zrobić w okresie komuny – rozumiem. Ale mieli na to 25 lat swojej niepodległości. Staram się zrozumieć, że przez ponad dwie dekady czynnik rosyjski nie tylko w polityce zagranicznej, lecz także wewnętrznej Ukrainy był bardzo istotny, a często decydujący – i to był powód, dla którego nie zrobiono tego nawet po „pomarańczowej rewolucji”, do czasów przedmajdanowskich. Ale gdy Kijów był już naprawdę „na swoim”, od końca lutego 2014 r. cały czas słyszeliśmy tę samą śpiewkę: „nie teraz, to zły czas, teraz mamy wojnę z Rosją, na tym trzeba się skupić”. Od jednego z ludzi obecnego rządu (bardzo ważny resort) usłyszałem albo bardzo naiwne, albo pseudocwane: „zostawmy to historykom”. Gdyby przyjąć taką pseudofilozfię, oznaczałoby to, że odkładamy powiedzenie prawdy o ludobójstwie ad Kalendas Graecas. Mówiąc bardziej potocznie: „na świętego Nigdy”. Tak się po
     
39%
pozostało do przeczytania: 61%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze