ROMANTYK Z ŁAZIENKOWSKIEJ

Honor legionisty

To on wymyślił słynne już hasło: „Donald, matole, twój rząd obalą kibole”. Domagał się wyjaśnień rządu na temat niezrealizowanych obietnic przed Euro 2012. Zapłacił za to opinią czołowego polskiego bandyty i zadymiarza. Wysłano przeciwko niemu służby tajne, jawne i dwupłciowe. Zapowiada, że jest gotów wszystko poświęcić sprawie, o którą walczy. Sprawie ruchu kibicowskiego.

Z Piotrem „Staruchem” Staruchowiczem spotykam się w kawiarni w Warszawie. Zapewne po tekstach w „GW” spodziewaliby się Państwo mięśniaka o wyglądzie kryminalisty. Człowiek, który się ze mną przywitał, jest wyjątkowo kulturalny, uśmiechnięty i nienagannie ubrany. Inteligencją i błyskotliwością zdecydowanie przerasta celebrytów kreowanych na autorytety moralne w mainstreamowych mediach. To wrażenie chyba wszystkich dziennikarzy, którzy mieli okazję się z nim spotkać.

Pytam go, kiedy zaraził się pasją kibicowania. – W 1997 r. zabłąkałem się w okolice stadionu. Wówczas odbywał się słynny mecz o mistrzostwo Legia–Widzew. Widziałem pochód widzewiaków z dworca Powiśle na stadion przy Łazienkowskiej. Legia w kuriozalny sposób przegrała w doliczonym czasie 2:3. Widziałem zadowolonych kibiców z Łodzi i byłem wkurzony. Od następnego sezonu postanowiłem chodzić na mecze i dopingować z całych sił naszą ukochaną drużynę – opowiada.

Miał wówczas 14 lat i nie przypuszczał, że kiedyś stanie na gnieździe i będzie prowadził doping tysięcy kibiców. Zanim to nastąpiło, musiał zaskarbić sobie sympatię kolegów z „Żylety” i nauczyć się kibolskich zasad. Wspomina powroty z meczów przy Łazienkowskiej.

– To był autobus 162. Na „wileniaku” czekał na nas zawsze szpaler policji. Każdy, kto wysiadał z autobusu w barwach klubowych, otrzymywał kilka ciosów pałą po plecach. To była taka tradycja. Pamiętam, jak pierwszy raz wybiegłem z autobusu, dostałem trzy razy pałką i wbiegłem na dworzec. Byłem zadowolony, że przeszedłem chrzest...
[pozostało do przeczytania 71% tekstu]
Dostęp do artykułów: