POZYTYWISTA Z BUŁGARSKIEJ

Kombatanckie początki

Na swój pierwszy mecz przyszedł z ojcem. Miał wówczas niecałe 12 lat. I zakochał się natychmiast. Jego uwagę przyciągnęła wtedy waleczna atmosfera w sektorze fanatyków. Zrozumiał, że całe jego życie związane będzie z „Kolejorzem”. Dziś, w czasach na stadionach spokojnych, zaraża pozytywną atmosferą tysiące wielkopolskich kibiców. Dzięki niemu stadion Lecha Poznań pęka w szwach.

Krzysztof „Litar” Markowicz swoją przygodę z ruchem kibolskim rozpoczął w połowie lat 90. To nie były czasy tak spokojne jak dziś – na trybunach regularnie odbywały się bitwy kibiców zwaśnionych ze sobą klubów. Trzeba było być twardym i gotowym na każde poświęcenie dla klubowych barw. – Pamiętam swój pierwszy wyjazd na mecz z ŁKS-em. Lało wówczas tak mocno, że przemokliśmy do samych majtek. W drodze powrotnej, w Ostrowie Wielkopolskim próbowałem przejść do innego wagonu. Poznałem, jakie to uczucie dostać za nic policyjną pałą. Wówczas po raz pierwszy zobaczyłem, jakie jest nastawienie władzy do kibiców – opowiada.

Na poznańskich trybunach rządził wówczas Rafał Dąbrowski, czyli „Uszol”, legenda polskiego ruchu kibicowskiego, obecnie zawodnik MMA. Wprowadził on rewolucyjne jak na lata 90. rozwiązania w środowisku kibiców. – Nie wolno było demolować własnego miasta. Nie wolno było przychodzić na mecze pijanym i pić na umór na wyjazdach. Nie wolno było chodzić w barwach dziwnych zagranicznych klubów i należało z szacunkiem podchodzić do barw „Kolejorza” – wylicza „Litar”.

To za czasów Dąbrowskiego kibice zaczęli wzajemnie pilnować się na stadionie i eliminować ze swojego grona osoby szkodzące klubowi. Tych zasad uczył się wówczas Markowicz, żeby już jako „Litar” przekazywać je młodemu pokoleniu.

Praca u podstaw

„Litar” był na „Kolejorzu” prekursorem nowoczesnego ultrasowania. – Pamiętam, jak przygotowywał nowatorskie jak na tamte czasy oprawy. Wspaniałe racowiska i...
[pozostało do przeczytania 72% tekstu]
Dostęp do artykułów: