Wiedziałem, że Rosjanie mu tego nie zapomną

To od wyjaśnienia Smoleńska zależy, który nurt – patriotyczno- -niepodległościowy czy ogrągłostołowy, realizujący porozumienie części elit „Solidarności” z postkomunistami kosztem społeczeństwa – stanie się w Polsce dominujący – z Janem Olszewskim, byłym premierem RP i współpracownikiem śp. Lecha Kaczyńskiego, rozmawia Przemysław Harczuk.

W jakich okolicznościach poznał Pan śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego? 
Okoliczności tego były, można powiedzieć, humorystyczne. W sierpniu 1980 roku jechałem z Warszawy do Gdańska. Tuż przed wyjazdem widziałem się z Jarosławem Kaczyńskim, którego znałem już dosyć dobrze. Gdy dotarliśmy do Gdańska, zobaczyłem, że w moim kierunku idzie… Jarosław Kaczyński. W pierwszej chwili zachodziłem w głowę, jak to możliwe, że człowiek, który pożegnał mnie w Warszawie, jest pierwszą osobą, którą widzę w Gdańsku, kilkaset kilometrów od stolicy. Nie miałem pojęcia, że obecny prezes PiS ma brata bliźniaka. Oczywiście osobą spotkaną w Gdańsku był Lech Kaczyński, i właśnie wtedy się poznaliśmy. 

Jak wyglądała dalsza Panów współpraca? 
Poznaliśmy się bliżej, a nawet zaprzyjaźniliśmy 17 września 1980 roku. Wówczas odbywało się spotkanie niezależnych związków zawodowych. O czym wiele osób dziś nie pamięta, w myśl porozumień sierpniowych powołane wówczas pod hasłem „Solidarności” niezależne związki zawodowe miały być rozdrobnione. Działać mogły albo związki przypisane do konkretnego regionu, albo do konkretnej branży. Uważałem, że takie rozdrobnienie nie jest dobre, że związek powinien być jeden. Jako doradca nie miałem prawa głosu na posiedzeniach komitetów zakładowych. Lech Kaczyński, który podzielał nasze zdanie, przez swoje dobre kontakty z przewodniczącym zebrania Lechem Będkowskim doprowadził do tego, że zostałem dopuszczony do głosu. Przedstawiłem im swoją koncepcję, a ona została z entuzjazmem przyjęta. „Solidarność” stała się jednolitym związkiem zawodowym, nie...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: