U Azerów

Od siedmiu lat słyszę od Azerów, zawsze w rozmowach „w cztery oczy”, zawód, że gdy oni postawili na współpracę z USA i Unią, oddalając się od Moskwy, to Zachód odwrócił się do nich plecami, a nawet wręcz „sprzedał”. Coś w tym jest. Co łączy Azerbejdżan z krajami Europy Zachodniej? Sporo rzeczy, ale mnie dwie rzucają się w oczy. Po pierwsze, choć państwo Azerów – największy kraj Kaukazu Południowego – geograficznie ze Starym Kontynentem nie ma nic wspólnego, to jednak piłkarska reprezentacja narodowa gra w eliminacjach mistrzostw Europy (a nie Azji!), a azerskie kluby w europejskich pucharach. Ta pierwsza zresztą jest beznadziejna, nie pomagają nawet sowicie opłacani trenerzy z Brazylii – sam widziałem w Warszawie mecz, w którym biało-czerwoni stłukli bogatych pod względem PKB na głowę mieszkańca, ale nędznych futbolowo Azerów aż osiem do zera. Kluby natomiast są coraz lepsze i dochodzą do tych samych rund w Lidze Europejskiej co polskie drużyny (złośliwiec rzecze, że to żadna sztuka...). Po drugie: Baku (czyta się „Baki”, wymawiajcie tak w towarzystwie Azerów – będą wniebowzięci) ma ten sam ból głowy co Londyn, Paryż, Bruksela czy Berlin. Azerscy obywatele – muzułmańscy fanatycy uciekają z własnej ojczyzny, aby walczyć w Syrii w szeregach „Państwa Islamskiego”, tak jak czynią to obywatele Francji czy RFN. Oficjalnie Azerbejdżan przyznaje się do 300 takich delikwentów, w rzeczywistości było ich zapewne więcej lub znacznie więcej. Azerbejdżan to czas
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze