Wpadka, że Mucha nie siada

Ładna, ambitna, bezwzględna i dobrze zorganizowana – takie określenia najczęściej pojawiają się, gdy pada wśród polityków pytanie o Joannę Muchę. Pełnienie przez nią funkcji rzecznika sztabu wyborczego to dla Platformy Obywatelskiej wielkie ryzyko. Dla niej olbrzymia szansa.

Jest listopad 2011 r. Donald Tusk ogłasza zmiany w rządzie. Nowe otwarcie ma odświeżyć wizerunek Platformy Obywatelskiej i nadać tej formacji dynamiki. Jednym z kluczowych posunięć personalnych jest zmiana na stanowisku ministra sportu. Adama Giersza zastępuje młoda posłanka Joanna Mucha. Szybko jednak okazuje się, że to, co miało być PR-owym strzałem w dziesiątkę, jest wielkim niewypałem. Uroda, witalność i niebieski pas w karate okazują się nie mieć znaczenia w obliczu braku kompetencji nowej minister. Deficyt jej wiedzy na temat sportu wychodzi już w pierwszych dniach urzędowania. Joanna Mucha, sprowokowana przez dziennikarzy, próbuje się wypowiadać na temat nieistniejącej III Ligi Hokeja. W czasie, gdy pojawia się problem or ganizacji Superpucharu Polski w piłce nożnej, wprowadza kibiców i komentatorów w osłupienie, pytając, kto wyznaczył do udziału w meczu o to trofeum Legię Warszawa i Wisłę Kraków. Ta wpadka sprawia, że rozbawieni niewiedzą minister dziennikarze próbują sprowokować ją do kolejnych absurdalnych wypowiedzi. W końcu z rozbrajającą szczerością pani minister przyznaje, że swoją wiedzę o sporcie czerpie z Internetu. Szybko próbuje przykryć swoje braki kompetencyjne różnymi zabiegami PR-owymi, ale jej pomysły wywołują tylko kolejne salwy śmiechu. W jednym z wywiadów oznajmia, iż chce, aby zwracać się do niej „ministro”. Pomijając środowiska radykalnych feministek, ta deklaracja wzbudza śmiech i niewybredne komentarze zarówno polskiej ulicy, opozycji, jak i nawet szeregów rodzimej formacji „pani ministry”.
Pseudokibol, fryzjer i Madonna
Wraz z upływem kolejnych miesięcy Joanna Mucha tylko potwierdzała tezę wygłoszoną przez jej partyjną...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: