Zaraz nastanie cisza...

Dodano: 27/06/2015 - Numer 6-8 (112-114)/2015

Mark Knopfler jest artystą systematycznym. To już ósmy album w jego karierze podpisany własnym nazwiskiem. „Tracker” to zestaw spodziewanych dźwięków. Układanka: retro-country, celtyckiego folku, pastelowego jazzu i wyhamowanego rocka. Do tego dodajmy jego głos, mistrzowską gitarę oraz sentyment do J.J. Cale’a, Boba Dylana i The Beatles. Kulturalni recenzenci nazywają to „eleganckim minimalizmem”. Ja określam to nudą. Knopfler jako artysta solowy nie obniżył swojego artystycznego statusu. Nagrał kilka płyt prawie wybitnych, choć i kilka nieco powierzchownych. Poprzedni zestaw mistrza – „Privateering” – urzekał wielobarwnością, a Mark nie bał się nawiązywać do rockowej przeszłości z Dire Straits. Pojawiło się tam także sporo odniesień do klasycznego bluesa, który świetnie korespondował z barwą głosu artysty. Tym razem jednak postanowił przykręcić wszelkie potencjometry do poziomu „zaraz nastanie cisza”. Knopfler mruczy dla siebie i czasami dla innych. Tyle że dla tych drugich zdecydowanie mniej. Płyta powstawała ponad rok. Kompozytor bardzo wnikliwie analizował przygotowany materiał. Sporo pomysłów przesunął do rezerwy nagraniowej, pozostawiając te, które wpisywały się w scenariusz albumu. Po niezłym początku płyty i piosence „Laughs and Jokes and Drinks and Smokes”, gdzie wspomina korzenie swojego muzykowania („zawsze bez pieniędzy, ale nikt się tym nie przejmował w oparach tytoniu”), mamy jeszcze „River Towns” – ponownie autobiograficzny utwór pozostający
     
40%
pozostało do przeczytania: 60%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze