Mistrz absurdu uwiecznionego

Jego komedie były filmami dokumentalnymi, kroniką PRL realizowaną przez kamerę z krzywym zwierciadłem zamiast obiektywu. Dziś uznaje się go za „łowcę absurdów”, zapominając, że wielkim absurdem był system, w którym przyszło mu tworzyć. 5 grudnia minęła 85. rocznica urodzin Stanisława Barei. „– Ile waży syn? – Dwanaście kilo. – Słuszną linię ma nasza władza!”. Nie dowiemy się już nigdy, ile ważył nowo narodzony syn Stanisławy i Sylwestra Barejów. Wiemy jednak, kiedy to nastąpiło. „Zaświadcza się, że Bareja Stanisław Sylwester urodził się w Warszawie dnia piątego grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego, z ojca Sylwestra Kazimierza Barei, z matki Stanisławy Bareja z domu Chmielarz ochrzczony w parafii świętego Bonifacego”. Mięsa i wędlin brak Ojciec reżysera prowadził wędliniarnię. Klientelę stanowili mieszkańcy Mokotowa, dzielnicy uznawanej wówczas za elegancką. Po wojnie Sylwester Bareja wrócił do zawodu, lecz już po kilku miesiącach padł ofiarą walki, jaką władza wytoczyła prywatnym przedsiębiorcom. Trafił do Państwowych Zakładów Przetwórstwa Mięsnego w Jeleniej Górze jako „kierownik kolumny uboju”. Motyw mięsa i wędlin, a raczej ich notorycznego braku, będzie przewijał się w niemal wszystkich filmach króla polskiej komedii. W „Misiu” schab jest sprzedawany spod lady w kiosku „Ruchu”. Film realizowany przez reżysera Zagajnego, kojarzonego nieprzypadkowo z proreżimowym Bohdanem Porębą, nosi tytuł „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta”. W „
     
10%
pozostało do przeczytania: 90%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze