Wołyń i tęsknota

Jestem, nie ukrywam, fanem kalendarzy ściennych. Wywieszam je w moich biurach w Brukseli i w Strasburgu. W efekcie w gabinecie, w którym urzęduję przy Rue Wiertz w Brukseli, mam ich chyba siedem czy osiem. Ale tylko jeden wisi u mnie zarówno w stolicy Belgii, jak i w stolicy Alzacji. To „Kalendarz Wołyński 2014”. Dzięki temu patrzą na mnie, pochylonego nad biurkiem, zabytki polskich Kresów Południowo-Wschodnich RP. Te zamki, pałace, kościoły, kolegiaty, oranżerie czy już współcześniejsze dworce kolejowe uwiecznione grafikami lubelskiej artystki Olgi Tofil są świadectwem istnienia Tej Rzeczypospolitej, której już nie ma i która jednocześnie jest. To paradoks. Bo nie ma jej, z jednej strony, w granicach państwa polskiego, a ślady polskiej historii tamtych terenów wypierają zarówno źli ludzie, jak i upływ czasu. Ale z drugiej strony, jest w pamięci Narodu, w naszym myśleniu i w polskiej sztuce. Kościół katedralny pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła z XVII wieku królował niegdyś nad tym kresowym miastem, a dziś króluje w moim miejscu pracy. Dwanaście pięter nad miejscem, gdzie współtworzy się ponad 60 proc. polskiego (!) prawa, bo przecież instytucje unijne decydują już dziś wprost o 3/5 naszej legislacji. Wcześniejszy, bo pochodzący z XVI wieku (choć w „Kalendarzu Wołyńskim”, o zgrozo, podaje się wiek XIV) zamek Radziwiłłów w Ołyce patrzy z dystansem na europarlamentarne boje o gender. Kościół pw. Trójcy Przenajświętszej w Lubomlu jakże skromny przy katedrze
     
32%
pozostało do przeczytania: 68%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze