Zjeść wroga

Uwaga! Na wstępie podkreślam, że piszę te słowa jako historyk, a nie jako polityk Prawa i Sprawiedliwości, żeby potem nie było, że Czarnecki (albo i szerzej: PiS) nic, tylko myśli, w jaki sposób zgładzić politycznych oponentów. Zatem będą to rozważania stricte historyczne. Nie ma mowy o żadnej, nawet najbardziej wyrafinowanej aluzji do III RP i do obecnej władzy. Zacznę od stwierdzenia faktu: dziś władza – przynajmniej w Europie – jest znacznie mniej sroga niż to drzewiej bywało. Obecnie decyduje kartka wyborcza, a nie szpada. Ewentualnie duże pieniądze na kampanie, ale jednak nie arszenik. A kiedyś, Panie Dzieju, krew się lała, stosy płonęły i nie było zmiłuj. Skądinąd, współcześnie, nawet jeśli zabija się przeciwników politycznych, to czyni się to w sposób banalny i doprawdy mało finezyjny. Przed wiekami wszak wyobraźnia ludzka w kwestii nie tyle uśmiercania, ile sposobu uśmiercania wrogów, była bajecznie bogata. Teraz została tylko prostacka bomba, kulka albo kastet. Mija akurat równo 500 lat od jednego z najbardziej makabrycznych wyroków śmierci w dziejach nowożytnych (oczywiście chodzi o wyrok nieformalny, mowa o praktyce). Wojewoda siedmiogrodzki Jan Zapolya, tłumiąc bunt węgierskich chłopów na terenie dzisiejszej Rumunii – ówczesny Temesvár, dzisiejsza Timoşoara – pojmał ich przywódcę Jerzego Dózsę. Ów węgierski, siedmiogrodzki Szela został żywcem upieczony na rozżarzonym tronie i zjedzony przez własnych ludzi. Nie wynikało to z kanibalizmu Madziarów
     
38%
pozostało do przeczytania: 62%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze