W obronie odpowiedzialności zbiorowej

Książka „Resortowe dzieci” otworzyła prawdziwą puszkę Pandory III RP. Establishment medialny dostał kompletnej histerii. Panika ogarnęła tzw. autorytety. Poza zestawem absurdalnych argumentów, którymi starano się zdyskredytować książkę (w tym nudnymi już zawołaniami o nazizmie i faszyzmie), używano też frazy: „Czyż dzieci odpowiadają za winy rodziców?” Ten ostatni argument wydaje się najbardziej przekonujący, także dla nie-lemnigów… Czy dzieci odpowiadają za winy swoich rodziców? Czy spada na nie odpowiedzialność za zbrodnie i krzywdy wyrządzone przez tych, którzy ich urodzili? Intuicyjnie chcielibyśmy odpowiedzieć – nie! Przecież dzieci nie wybierają rodziców. Przecież nie muszą podążać ich drogą. Człowiek to byt wolny. Nie możemy stosować odpowiedzialności zbiorowej. Tymczasem teza ta jest oczywista dla badań socjologicznych i historycznych. Po drugie – co ważniejsze – jest też jednym z fundamentów kultury zachodniej. Właściwie można przyjąć, że odrzucając prawdziwość stwierdzenia: „Dzieci odpowiadają za winy rodziców”, rezygnujemy z dziedzictwa Zachodu.Paradoks pseudotransformacji Teza, że dzieci reprodukują zachowania rodziców, jest dość oczywista w socjologii i historii. Rzecz jasna, zdarzają się chlubne wyjątki. Osoby, które wyrwały się z dyktatu środowiska, w którym się wychowały. Ale są to sytuacje jednostkowe. Gdy mowa o większych grupach społecznych – to właściwie takie kolektywne nawrócenia nie istnieją. Jeśli dana grupa społeczna
     
16%
pozostało do przeczytania: 84%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze