Cesarstwo kłamstwa

Język kłamstwa niepostrzeżenie staje się językiem urzędowym w Polsce. Od takiej myśli nie można się opędzić po lekturze raportu na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej napisanego przez płk. Edmunda Klicha, polskiego akredytowanego przy rosyjskim MAK.

„Królestwo kłamstwa nie jest tam, gdzie się kłamie, tylko tam, gdzie się kłamstwo akceptuje” – napisał swego czasu Karol Čapek. Jeśli przyjąć to kryterium, to z czym mamy do czynienia w Polsce Donalda Tuska, gdzie kłamstwo się nie tylko akceptuje, lecz także pochwala i nagradza, a osoby dążące do prawdy przedstawia jako wyrzutki społeczeństwa? To już nie zwykłe królestwo, to cesarstwo kłamstwa.

W jaki sposób w państwie Tuska sankcjonuje się kłamstwo, widać na przykładzie katastrofy, w której zginęła głowa państwa i 95 najwyższych osobistości. Właśnie wypłynęły kolejne dowody, że premier Donald Tusk i jego ministrowie wiedzieli, iż to Rosjanie doprowadzili do tragedii. I użyli machiny państwa, by dowody winy Rosjan ukryć przed opinią publiczną, kierując jej uwagę na błędy pilotów.

Kłopotliwa odpowiedzialność Rosjan
Spójrzmy na początki działalności płk. Edmunda Klicha jako akredytowanego przy MAK, którym został z namaszczenia Rosjan – przy potulnej akceptacji Polaków. Edmund Klich jako jeden z pierwszych dotarł z Polski na lotnisko Siewiernyj. Na marginesie dodajmy, że rząd Donalda Tuska nie stworzył mu warunków do pracy – Klich nawet za hotel musiał przez pewien czas płacić z własnej kieszeni. Gdy zwrócił się do wiceministra infrastruktury Tadeusza Jarmuziewicza, by do Smoleńska przysłano jeszcze dwie osoby z Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, ten odparł, że na taką propozycję źle zareaguje... dyrektor generalna ministerstwa, bo „to są koszty”. Tę sytuację (i skłócenie między polskimi prokuratorami a Klichem) łatwo rozgrywał potem Aleksiej Morozow, agresywny współpracownik gen. Tatiany Anodiny, szefowej MAK.

15 kwietnia...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: