Gra w dwa ognie, czyli zbić Azera

Jeżeli szóste co do wielkości państwo w Unii Europejskiej chce mieć politykę zagraniczną z prawdziwego zdarzenia, nie może z jednej strony powtarzać wszystkiego za Berlinem czy Brukselą, a z drugiej, nie powinno redukować swojej strefy wpływów wyłącznie do najbliższego sąsiedztwa. Rozumiał to śp. prezydent Lech Kaczyński, mocno angażując struktury państwa w budowę dużego obozu krajów, wywodzących się z dawnego ZSRS lub szerzej: bloku wschodniego. Skądinąd, właśnie wtedy Unia najbardziej liczyła się z Polską. Późniejszy minimalizm albo bycie membraną RFN czy UE zdecydowanie pogorszyły naszą międzynarodową pozycję. Myślałem o tym ostatnio w Erywaniu i Baku. Spędziłem tam tydzień. Wystarczająco dużo, aby zobaczyć w całej krasie impotencję polityki zagranicznej III RP. W obu tych krajach byłem po raz trzeci, przy czym w Armenii po raz drugi w ciągu dwóch miesięcy. O tym najstarszym chrześcijańskim państwie świata, tkwiącym w rosyjskim kokonie politycznym, ekonomicznym i militarnym, pisałem ostatnio obszernie na łamach „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Teraz czas na Azerbejdżan – kraj z jednej strony bity przez Unię Europejską, z drugiej zaś okrążany przez Moskwę. Bruksela, która uwielbia podwójne standardy, tropi wszelkie wypaczenia kaukasko-azerskiej demokracji, ale przymyka oko na znacznie gorsze i częstsze wybryki choćby Federacji Rosyjskiej. W myśl zasady: co wolno Moskwie, trzeba zabronić Baku. Z kolei nowa Rosja od dwóch dekad (a historycznie od ponad dwóch
     
41%
pozostało do przeczytania: 59%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze