Służby rozpracowania prezydenta

Bo Rosjanie sobie nie życzyli

Dziś wiemy ponad wszelką wątpliwość, a dowody ma nasza prokuratura, że Marian Janicki mógł zapobiec katastrofie, gdyby tylko nie zignorował swoich obowiązków, które nakazywały mu zwrócić się do premiera, szefa jego kancelarii i szefa MSW, o zmianę lotniska w przypadku niemożności zlustrowania go przez BOR.

Ale Janicki podszedł do sprawy rekonesansu elastycznie. Zgodnie z wyznawaną przez tę władzę zasadą, by „nie zadrażniać stosunków”. W efekcie Lech Kaczyński lądował w miejscu, które w żaden sposób nie było zbadane przez polskich borowców. Oni go wręcz nie widzieli na oczy. Chyba że pamiętali co nieco z wizyt składanych tam w poprzednich latach.

Pewne jest, że lotniska nie sprawdził polski pirotechnik BOR – do Smoleńska kogoś takiego nie wysłano. Elastyczność kierownictwa BOR wobec życzeń rosyjskich gospodarzy poszła bowiem dalej. Skoro sobie tego nie życzyli, na Siewiernym nie było żadnych oddelegowanych z Polski funkcjonariuszy także w trakcie przylotu prezydenta. Wieża kontroli lotów również nie była sprawdzona. – Z grupy przygotowawczej wycofano Mirosława Kwarcińskiego, byłego pilota wojskowego. Taki funkcjonariusz jak on mógł sprawdzić nie tylko stan techniczny lotniska, lecz także informować, czy warunki pogodowe są odpowiednie – mówił Andrzej Pawlikowski, szef BOR w latach 2006–2007.

Jednym słowem, prezydent był w gorszej sytuacji niż czekający na jego przylot ambasador RP w Moskwie Jerzy Bahr. Ten miał osobistego kierowcę-borowca, na stałe pracującego w polskiej placówce.

Ale to całkowite, śmiertelne w skutkach, zaniechanie obowiązków przez kierownictwo BOR, z jakim mieliśmy do czynienia w Smoleńsku, nie było wypadkiem przy pracy. Przeciwnie. To efekt całej sekwencji oburzających zdarzeń z udziałem jednych polskich specsłużb, a przy ostentacyjnej bezczynności drugich – za wiedzą i przyzwoleniem ekipy rządzącej. Zdarzeń, które potencjalnym wrogom...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: