Europejczycy potrzebują ciemnogrodu

Problemy „modernizacji”

Podział przedstawiony przez liberalne w większości media dzielił scenę polityczną na dwa obozy, które umownie możemy nazwać (zachowując język charakterystyczny dla ówczesnej retoryki) „europejczykami” i „ciemnogrodem”.

Wedle tego schematu, pierwsi to światli postępowcy wiodący nas do Europy. Apologeci nowoczesności, obnażający narodowe wady i upośledzenia uniemożliwiające pełnowartościowe uczestnictwo w europejskiej rodzinie. Drudzy zaś to anachroniczni i zacofani „ciemnogrodzianie”, którzy uparli się, aby podtrzymywać niedorozwój kraju, kultywować dziwaczne odrębności i obyczaje, nieufnie spoglądający w stronę Europy. Taki podział – pomijając już jego sztuczność i podporządkowanie interesom jednej grupy – spowodował określone konsekwencje dla dalszej publicznej debaty.

Po pierwsze, bardzo istotną cechą tego punktu widzenia była bezalternatywność. Rozwój gospodarczy kraju oznaczał wyłącznie szybką prywatyzację i upodobnienie do najbardziej liberalnych gospodarek zachodnich. Wyrażenie jakichkolwiek wątpliwości co do sposobu przeprowadzenia zmian z miejsca wyłączało z poważnej debaty i sprowadzało nieszczęśnika, który się na to odważył, do politycznych katakumb. Przedstawiając rzecz obrazowo, alternatywa dotyczyła wyboru między czerwonymi szelkami maklera nowo powstałej Giełdy Papierów Wartościowych a buraczanymi garniturami polityków PSL.

Inną spośród dokonanych wówczas manipulacji było powiązanie koniecznego przeobrażenia gospodarczego kraju z obyczajowym „dostosowaniem” polskiego społeczeństwa do zachodnich trendów. Byliśmy (jesteśmy?) zbyt konserwatywni, zbyt religijni, za mało tolerancyjni, za mało elastyczni i rzutcy. Czytając niektóre prasowe enuncjacje z tego okresu, można odnieść wrażenie, że winą górników i stoczniowców jest to, iż nie mogą się upodobnić do warszawskich maklerów z GPW.

Zatapiano kopalnie, likwidowano przemysł w imię konieczności modernizacji...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: