Bezkarni

Mordercy na wolności

Apel Zbigniewa Ziobry do ministra sprawiedliwości sprowokowały tragiczne wydarzenia, do jakich doszło w ostatnich tygodniach, a których można było uniknąć, gdyby prokuratorzy i sędziowie nie pozwolili, aby niebezpieczni bandyci wyszli na wolność.

Tacy jak 32-letni Marek W., który mieszkał razem z żoną we wsi Chodla na Lubelszczyźnie. Mężczyzna od lat znęcał się nad kobietą. Policja interweniowała w ich domu wiele razy, ale damski bokser pozostawał bezkarny. W końcu jednak prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko katowi, a on sam został tymczasowo aresztowany. Dorota W. mogła wreszcie odetchnąć i spokojnie zasnąć, nie bojąc się, że pijany mąż zacznie ją katować w środku nocy. Minęło kilka tygodni. I Sąd Okręgowy w Lublinie rozpatrujący zażalenie podejrzanego na areszt uznał, że kat może już opuścić celę. Wystarczyło jego zapewnienie, że zrozumiał swoje błędy i podda się leczeniu odwykowemu. W swojej naiwności sąd uwierzył. Marek W. wrócił do Chodla. Niemal od razu zaczął pić. W sobotę – dwa dni po wyjściu na wolność – przyszedł do domu kompletnie pijany. Dwójce dzieci kazał iść do dziadków. „Bo ja zaraz zabiję waszą matkę” – wybełkotał do siedmioletniego syna i jego dwa lata młodszego brata.

Przerażone maluchy pobiegły po pomoc. Gdy w domu pojawili się bliscy kobiety, było już za późno. Dorota nie żyła. Miała poderżnięte gardło.

Sprawa z Chodla szokuje tym bardziej, że doszło do niej, gdy nie ucichły jeszcze komentarze po dramacie, jaki wydarzył się w Wielkopolsce. Tam Jerzy Sz. zabił dwie osoby. Do tej zbrodni również doszło w wyniku niezrozumiałej wyrozumiałości sądu. Po zakończeniu procesu toczącego się przed Sądem Rejonowym w Kościanie Jerzy Sz. został skazany na trzy lata pozbawienia wolności za brutalne zgwałcenie żony. Równocześnie jednak mógł wyjść na wolność, bo do czasu uprawomocnienia się wyroku został zwolniony z aresztu. Bandyta skorzystał z niespodziewanego prezentu od...
[pozostało do przeczytania 52% tekstu]
Dostęp do artykułów: