Bajeczki Dziadka Rybińskiego Bajka o Rynku

Poprzednie miesięczniki

– Jak tak, to wcale jeść nie będę – odparł Brzęczysław i zamknął się w tajnym gabinecie. Ale ani myślał rezygnować. Postanowił na Rynek pójść i jajec sobie kupić tuzin. Przebrał się tedy, jak to wówczas we zwyczaju bywało za Incognito, tylnymi drzwiami się z pałacu wymknął, a horda tajnych halabardników za nim. Poszedł król na Rynek, a tam harmider i hałas straszny. Bałagan i bezhołowie. Baby się przekrzykują, kupcy za szaty klientów do swoich bud ciągną, kury gdaczą, kozy meczą i owce też. Dobra wszelkiego zaś pełno, że tylko ślinka z ust leci. Tu boczki jałowcem pachnące, tam salcesony uszate i kiełbasy błyszczące, masła śmietankowego bryły, kapusta w beczkach ukiszona z marchwią, śmietana gęsta, chleby i rogale rozmaite. Ryby w cebrzykach, sery w gomółkach, niektóre z kminem. Wszystko, co dusza zamarzy. Zebrał się król w sobie, pokusy przełamał i jajec szukać zaczął. A były rozmaite – od strusich po przepiórcze. Zwykłe jaja kurze z 50 bab w zapaskach sprzedawało, więc wędrował monarcha między straganami, a nie bez trudu, bo Rynek w czasach zamierzchłych wybrukowany został, a i stragany pradawne, kostropate, sękate i drzazgliwe. Wreszcie tuzin jajec utargował do ceny przystępnej, żeby podejrzeń nie wzbudzać, i do pałacu zawrócił. Wpadł na pokoje jak burza, utykając. W ręku torebkę miał przemokłą, z której białko na posadzkę przeciekało, szaty ubłocone, a miejscami podarte. Zaraz też Marszałka wezwać kazał i powiada: – W Rynku byłem, a to nie rynek, tylko zamtuz jakiś, nie
     
37%
pozostało do przeczytania: 63%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze