Józefa Mackiewicza zmagania z komunizmem

Starsi ludzie tyle tu przeszli, że im nic „nie straszno”. Są pogodni. Szczęśliwi, że żyją. Babcia z Kalwiszek opowiada nam o swoim dobrym mężu, któremu zmarło się dokładnie w pięćdziesiątą rocznicę ślubu. Mówi też o sadzie pełnym jabłek, gruszek, śliwek. Wspomina podróż do Polski, do siostry, jeszcze za Sowietów. Ktoś powiedział wtedy o niej „Ruska”. Widać, że do dzisiaj nie może tego przeboleć.

– Przecież my mówimy, jak napisano w książkach – i szuka potwierdzenia w moich oczach, a kiedy widocznie nie wystarcza jej mój uśmiech, dodaje szybko – znam wszystkie zwrotki polskiego hymnu narodowego, chodziłam do polskiej szkoły.

Wreszcie podjeżdża autobus. Kupuję bilety u kierowcy. Bilet kosztuje lit dziesięć centów, czyli tyle, ile w Wilnie wystarczy na przejechanie jednego czy dwóch przystanków. Babcia, która weszła przed nami do autobusu, zaprasza, przywołując delikatnie ręką. Trzyma dla nas miejsca.

Droga do Czarnego Boru

Alwida jedzie pierwszy raz, tak jak ja, do Czarnego Boru. Wie tylko tyle, że powinniśmy wysiąść koło przejazdu kolejowego. A później mamy szukać domu stojącego gdzieś koło krzyża. Wysiadamy razem z młodą, sympatyczną Polką. O pisarzu Mackiewiczu nigdy nie słyszała. Razem idziemy chodnikiem wzdłuż asfaltowej szosy. Dookoła gęsty las sosnowy. Mijamy duży drewniany krzyż. Gdzieniegdzie przy drodze rosną jarzębiny, z czerwonymi o tej porze roku owocami. Polka podprowadza nas pod stary cmentarzyk sióstr urszulanek. Tutaj się żegnamy.

Na cmentarzu dwadzieścia parę krzyży, z których może na trzech wiszą tabliczki z nazwiskami. Pozostałe mogiły są bezimienne. Cmentarzyk jest jednak zadbany, ogrodzony.

Udało nam się dojrzeć między drzewami kościółek. Idziemy tam leśną, raczej rzadko uczęszczaną ścieżką. Obok kościółka niewielkie ambulatorium – szpital imienia Sióstr Urszulanek. Jakiś pacjent wyszedł na dwór w letniej kurtce narzuconej na piżamę. Wychudzony, o ziemistej...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: