Kulisy chińskiej fabryki medali

FOT. SIMON BRUTY FOR OIS HANDOUT/PAP/EPA
FOT. SIMON BRUTY FOR OIS HANDOUT/PAP/EPA

Chiny zajęły drugie miejsce w klasyfikacji medalowej na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Za tymi sukcesami stoi jednak jeden z najbardziej okrutnych systemów szkoleniowych na świecie, oparty prawie w całości na starym modelu znanym ze Związku Radzieckiego, który ma pokazać wyższość komunistycznego państwa nad Zachodem. Ofiarami tej rywalizacji są młodzi Chińczycy.

Gdy 14-letnia Quan Hongchan zdobyła złoty medal w Tokio w skokach do wody z 10-metrowej wieży, stwierdziła, że potrzebowała tej nagrody, by były pieniądze na leczenie mamy chorej po wypadku samochodowym. Ta wypowiedź zbulwersowała cały chińskojęzyczny świat. Pokazała stopień ubóstwa chińskiego społeczeństwa. Kontrastuje to z kolejnymi hucznymi oświadczeniami przedstawicieli władzy, jak to Komunistyczna Partia Chin (KPCh) walczy z sukcesem z biedą. 

Quan pochodzi z wioski, gdzie przeciętny roczny dochód na mieszkańca to 1700 dolarów (około 6600 zł). I nie jest to wyjątek. W maju ubiegłego roku premier Chin, Li Keqiang, oficjalnie przyznał, że w ChRL 600 mln ludzi ma przeciętny dochód w wysokości 1000 yuanów (około 600 zł) i dodał, że największym problemem jego kraju jest ubóstwo. Dla biednych rodzin szansą na lepsze życie jest oddanie dziecka na treningi do szkoły sportowej i liczenie, że odniesie ono sukces i wspomoże finansowo rodzinę.

Ale wypowiedź Quan Hongchan zszokowała także dlatego, że pokazała, iż produkcja mistrzów odbywa się kosztem edukacji. Dziennikarze słuchający olimpijskiej mistrzyni zauważyli, że ma trudności ze zrozumieniem pewnych podstawowych treści. W tym sensie jest osobą niepełnosprawną. Ceną za jej mistrzostwo jest brak normalnego rozwoju. 

Zakorzeniony w modelu sowieckim chiński system tworzenia medalistów zaczyna się od trenowana dziesiątek tysięcy dzieci w ponad 2000 państwowych szkołach sportowych. Aby w maksymalny sposób zdobyć wszystkie możliwe złote medale, Pekin koncentruje się na mniej popularnych i mniej finansowanych sportach na Zachodzie lub dziedzinach, które oferują wiele złotych medali olimpijskich.

75 procent złotych medali olimpijskich, które Chiny zdobyły od 1984 roku, dotyczy zaledwie sześciu dyscyplin: tenisa stołowego, strzelectwa, skoków do wody, badmintona, gimnastyki i podnoszenia ciężarów. 

Cel: pobić USA

Chińska Republika Ludowa uczestniczy w igrzyskach olimpijskich od lat 80. Jednak dopiero na początku XXI wieku komunistyczny reżim uznał, że priorytetem jest zdobywanie złotych medali za wszelką cenę. W 2002 roku powstał tzw. Projekt 119, który pochłonął ogromne sumy i stawiał za zadanie zdobycie 119 złotych medali na Igrzyskach w Pekinie w 2008 roku. Zadanie wykonano z nadwyżką – ChRL zdobyło wtedy 122 złote medale. Jednak nie osiągnięto wtedy innego celu – tj. pobicia Stanów Zjednoczonych w łącznej klasyfikacji medalowej. Nie udało się to też w 2012 roku w Londynie i w 2016 roku w Rio de Janeiro. Plan nie wypalił również na ostatnich igrzyskach, ale o tym Chińczycy z ich gazet i telewizji się nie dowiedzą. Oficjalnie najwięcej medali na Olimpiadzie w Tokio 2020 zdobyli Amerykanie. Jednak chińskie media przedstawiają inną „rzeczywistość”.

Sportowcy z Państwa Środka zgarnęli w sumie 88 krążków (38 złotych, 32 srebrne, 18 brązowych). Lepsi od nich byli Amerykanie, którzy zdołali zdobyć aż 113 (39 złotych, 41 srebrnych, 33 brązowe). Chińskie media postanowiły jednak dołożyć do swoich medali te, które zdobyli Tajwańczycy i Hongkończycy i wyszło im, że przez większą liczbę złotych medali są na szczycie klasyfikacji medalowej. Jest to oczywiście zwykłe oszustwo naruszające zasady olimpijskie, zgodnie z którymi Hongkong i Tajwan rywalizują niezależnie od Chin. 

Na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu w 1976 roku ZSRS zwyciężyło z 49 złotymi, 41 srebrnymi i 35 brązowymi medalami, czyli łącznie z 125 medalami. USA zajęły drugie miejsce z odpowiednio 34, 35 i 25, łącznie 94 medalami. Nikt nie uwierzył wtedy, że sowiecki komunizm był lepszy od amerykańskiej wolności.

Dziś za pomocą kłamstwa Pekin próbuje udowodnić, że komunistyczny reżim jest lepszy niż Americam Dream i zachodnie demokracje.

Z tej kreatywności medalowej Made in China możemy się pośmiać. Nie do śmiechu jest jednak wtedy, gdy przyjrzymy się, jaką cenę płacą ci, którzy są narzędziem dla Pekinu w głoszeniu ich propagandy o Chinese Dream.

Korupcja, ból, molestowanie i doping

W 2020 roku Duan Daili opowiedział gazecie „Epoch Times”, jak działa chińska fabryka medali. 

Duan trafił do szkoły sportowej w wieku 13 lat. Miał być lekkoatletą. Po latach mówi, że nie był to żaden honor. „Bogatsi rodzice nie posyłają swoich dzieci do szkoły sportowej. To bardzo trudne. Dzieci cierpią tu o wiele bardziej niż inne dzieci w tym samym wieku”.

Chińczyk opowiadał dziennikarzowi „Epoch Times” o korupcji i znęcaniu się w chińskich instytucjach sportowych. „Chińscy sportowcy muszą budować dobre relacje ze swoimi trenerami. To trener decyduje, czy zaczniesz grać, a nie twoje wyniki” – mówił Duan. A trener traktuje członków swojego zespołu jak niewolników – mają mu robić pranie, sprzątać mieszkanie, a nawet kupować prezenty świąteczne. Niektórzy trenerzy molestują seksualnie młodych sportowców, a zdecydowana większość zespołu nie ma odwagi reagować. Do tego dochodzą diabelskie i destrukcyjne treningi. Nie ma czegoś takiego jak czas prywatny. Granice biologicznej tolerancji i możliwości młodych nie są oceniane i brane pod uwagę.

W takich warunkach kontuzje na treningach w szkołach sportowych są na porządku dziennym. Powszechne jest stosowanie zakazanych leków zwiększających wydajność chińskich sportowców. Duan mówi o zawodniczkach, które nagle przestały miesiączkować, czy sportowcach, którzy stali się bezpłodni z powodu długotrwałego stosowania używek. To właśnie trenerzy doradzają swoim zawodnikom branie dopingu.

W kwietniu bieżącego roku indyjski portal informacyjny WION opublikował artykuł o szkole gimnastycznej Li Xiao-Shuang w mieście Xiantao, w prowincji Hubei, nazywanej kuźnią olimpijskich gimnastyków z Chin. Wielu trenujących tu ma tylko 6 lat i już potrafi „wyginać się jak precel”. Dzieciaki pytane o to, kim chcą zostać, odpowiadają „mistrzem” lub „rekordzistą”. Pytane, co znaczą te słowa, mówią, że nie wiedzą, ale dodają, że każdy tu tak mówi. Ale wiedzą za to, że jeśli na treningu nie osiągają odpowiednich wyników, to mają kłaniać się przed trenerem i przepraszać i że karą będzie m.in. podnoszenie ciężarów.

Taką chińską fabrykę medali mógł zobaczyć brytyjski wioślarz, czterokrotny złoty medalista olimpijski, Matthew Pinsent. W 2005 roku odwiedził on elitarną szkołę sportową w Pekinie, Shi Cha Hai. Widział młodych zawodników ze śladami pobicia. Zapytał o to wicedyrektora szkoły i ten potwierdził użycie przemocy wobec dzieci. „To było dość niepokojące doświadczenie” – powiedział wtedy dziennikarzom Pinsent. „Wiem, że to gimnastyka i ten sport w szczególności musi zaczynać się w bardzo młodym wieku… ale byłem naprawdę zszokowany tym, co się działo. […] Zdecydowanie uważam, że te dzieciaki były maltretowane”.

Medal dla partii

Gdy w 2010 roku na zimowych igrzyskach w Vancouver 18-letnia wówczas łyżwiarka szybka Zhou Yang odważyła się podziękować za zdobyte złote medale najpierw swoim rodzicom, a dopiero potem państwu, spłynęła na nią fala krytyki. Yu Zaiqing, zastępca dyrektora Narodowego Biura Sportu, podał nawet w wątpliwość patriotyzm Zhou. „Możesz podziękować matce i ojcu, ale przede wszystkim powinnaś podziękować swojemu krajowi” – powiedział Yu.

W tym roku w Tokio błędu Zhou Yang nie powtórzył Shi Zhiyong. Gdy wywalczył złoto w podnoszeniu ciężarów w kategorii do 73 kilogramów, dedykował zwycięstwo partii komunistycznej. „Jestem członkiem Komunistycznej Partii Chin i medal jest nie tylko dla mnie, lecz także dla mojej partii, ponieważ obchodzi ona 100-lecie powstania i to wiele znaczy” – powiedział Shi.

Duan Daili mówi o tym, że chińscy sportowcy są pod ogromną presją sukcesu, ponieważ państwowe media sprawiają, że ich występ jest kwestią narodowej dumy. Ci, którzy kończą jako ostatni, ze łzami w oczach przepraszają w telewizji za „zawstydzenie ojczyzny” lub są piętnowani przez media i określani jako „porażki”. 

Gdy reprezentanci Tajwanu Lee Yang i Wang Chi-Lin zdobyli złoty medal w deblu w olimpijskim turnieju badmintona w Tokio, pokonując chińską parę Li Junhui i Liu Yuchen, chińska telewizja przerwała transmisję z wydarzenia, a chińscy internauci określili przegraną jako „wstydliwy dzień” i „hańbę”. Tajwańczyków określili „wrogami”.

Od wschodzącej gwiazdy do żebraka

Dopóki zawodnicy zdobywają medale, członkowie ich rodziny bezpośrednio otrzymują pieniądze, a po przejściu sportowca na emeryturę może on liczyć na stanowisko państwowe. Ale jeśli im się nie uda, tracą wszystko. W tak funkcjonującym systemie zawodnicy są gotowi nawet stracić życie, by zdobyć medal. Duan mówi, że sportowcy z ChRL mają wyprane mózgi lub mają zniekształcone myślenie przez KPCh, bo dają sobie wmówić, że to ma coś wspólnego z honorem czy dumą. „Jest całkowitym kłamstwem mówienie o przynoszeniu dumy narodowi w takim systemie. To tylko propaganda stworzona przez KPCh. Większość sportowców jest pod ogromną presją” – twierdzi Duan.

W 2011 roku chińska opinia publiczna z szokiem przyjęła wiadomość, że znany chiński gimnastyk Zhang Shangwu utrzymuje się z żebrania na ulicy. W połowie lat 90. Zhang w wieku 12 lat trafił do narodowej drużyny olimpijskiej. W wieku 18 lat zdobył dwa złote medale podczas Letniej Uniwersjady w Pekinie w 2001 roku. Media przedstawiały go jako wschodzącą gwiazdę. Jednak w 2002 roku podczas treningu Zhang zerwał ścięgno Achillesa. Nie było już nadziei na udział w igrzyskach olimpijskich w 2004 roku. Po powrocie do rodzinnej prowincji Hebei jego trenerzy zignorowali kontuzję i dalej prowadzili z nim intensywne treningi. W 2005 roku Zhang zrezygnował z kariery sportowej, a za swoją kontuzję i brak odpowiedniej pomocy medycznej nie otrzymał żadnej rekompensaty. Za około 15 dolarów za sztukę sprzedał swoje złote medale na targu staroci. Często sypiał w kafejkach internetowych lub pod mostami. W 2007 roku został złodziejem. Przyłapany na kradzieży w Pekinie, został skazany na ponad cztery i pół roku więzienia. Po wyjściu na wolność pozostało mu żebranie. W 2011 roku na ulicy zobaczył go jeden z jego byłych fanów i zrobił mu zdjęcie, które trafiło do mediów. I tak Chińczycy poznali drugą stronę fabryki medali. Tę o niegdyś wschodzących gwiazdach i porzuconych, bo nie przynoszą medali.

Sprawa Zhanga rzuciła światło na trudną sytuację czołowych sportowców w Chinach, których zabiera się ze domów rodzinnych często w wieku zaledwie pięciu lat, a skazuje na zapomnienie, a nawet głodowanie, gdy nie są już w stanie konkurować i zdobywać medali dla chwały partii i państwa.

Trafiający do szkół sportowych młodzi Chińczycy, tak jak wspomniana Qu Hongchan, tracą możliwość nauki przedmiotów objętych zwykłą edukacją. Ich rozwój umysłowy zostaje zatrzymany i po odejściu od sportu często trudno im znaleźć pracę czy wrócić do szkoły. 

Do wielu z tych, którzy wcześniej zakończyli karierę sportową, pasuje chińskie powiedzenie „mężczyźni do rabunku, kobiety do prostytucji”. Znalezienie pracy graniczy z walką i często byli młodzi sportowcy są zmuszani do nielegalnej albo poniżającej pracy.

W 2016 roku „Epoch Times” opisał historię urodzonej w 1986 roku Tang Ying, która w wieku 12 lat rozpoczęła treningi na olimpijskiego skoczka. Kiedy odpadła w eliminacjach na igrzyska w Atenach w 2004 roku, odesłano ją na „emeryturę”. Nie miała nic poza uszkodzonymi stawami i dodatkowym zagrożeniem dla zdrowia w przypadku zajścia w ciążę.

Tang próbowała zostać nauczycielką wychowania fizycznego, ale okazało się, że urzędnik oferujący jej tę pracę chciał ją po prostu wykorzystać. Innym razem, gdy starała się o pracę w dziale kadr w swoim rodzinnym mieście, powiedziano jej, że dostanie to stanowisko tylko wtedy, gdy zechce zostać kochanką urzędnika partii. Ostatecznie znalazła pracę w sklepie odzieżowym za około 800 yuanów miesięcznie (około 480 zł) i sprzedając lalki na ulicy w wolnym czasie. Tang twierdzi, że wielu jej koleżankom – byłym sportowcom – nie pozostaje nic innego jak zgoda na rolę utrzymanek partyjnych oficjeli.

O Chinach mówi się, że są sportowym mocarstwem. Chińskie fabryki medali rzeczywiście sięgają po złoto. Cena, jaką płacą za to młodzi zawodnicy głównie z biednych rodzin, jest ogromna – stracone dzieciństwo, zahamowany rozwój. A gdy zawodnik nie zdobywa złota na chwałę partii, to te same fabryki poza kalectwem i wykluczeniem nie oferują nic więcej.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze