ŚWIT „DOBRYCH LUDZI”

VVS zgromadził przede wszystkim tzw. social conservatists, wyborców, których nie należy przeciwstawiać tzw. fiscal conservatives. „Social” w tym wypadku, i inaczej niż w Europie, określa nacisk konserwatystów na sprawy religii, poczęcia oraz status małżeństwa. Zjazd sponsorowały takie organizacje, jak m.in. Family Research Council (FRC), Heritage Foundation czy Liberty University.

Z dużym zainteresowaniem wysłuchałem Johna Boehnera stojącego na czele izby niższej parlamentu lidera republikanów, którego uważam za zręcznego gracza politycznego, poważanego przez oba skrzydła partii. Raz jeden, gdy przemawiał do izby niższej podczas uroczystego przejmowania obowiązków Speaker of the House w styczniu 2011 r., pozwolił sobie na łzy przejęcia. Poza tym zdarzeniem nie dostrzegłem, aby Boehner choć raz stracił głowę. Nawet jej nie zadrasnął, tocząc ciężką batalię o budżet, wygraną propagandowo przez republikanów, pomimo nieprzychylności mediów.

Jego pojawienie się na VVS zapowiedziano żartem. Prowadzący spotkanie ogłosił, że wolał widzieć Boehnera płaczącego, niż samemu płakać codziennie, widząc młotek Speakera w ręku Demokratki Nancy Pelosi.

Poszukując lidera „dobrych”

Z mniejszą atencją wysłuchałem przemowy Erica Cantora. Przypomina mi on czysty produkt klasy politycznej, któremu po prostu brakuje życiowego „kopa”. Gubernator stanu Teksas, Rick Perry, do niedawna lider sondaży, wydał mi się pustą wersją George’a W. Busha. Łączy ich dziwne brzmienie śmiechu, ale Bush w przeciwieństwie do Perry’ego śmieje się z żartów rozmówcy. Perry w swej mowie skupił się na walce z bezrobociem, czyli na problemie, w którego rozwiązywaniu jest ponoć dobry.
Pani kongresmen z Minnesoty Michele Bachmann położyła nacisk na to, co dopiero zrobi. Przeczytała, że odrzuci Obamacare, zmieni tax code, poprowadzi walkę z radykalnymi islamistami… Objawiła przy tym swoją największą słabość – niemalże hipnotyczną monotonię głosu i...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: