Konie, szable i marsowo dzielne postacie. Ze wspomnień Wojciecha Kossaka

fot. Wikipedia
fot. Wikipedia

Wrodzony wdzięk, ułańska fantazja i ogromne poczucie humoru, a do tego „postawa rotmistrza ułanów”, nieco cygańskiej nonszalancji, wytwornie zawiązany krawat i zabójcze spojrzenie w stronę dam czyniły z niego duszę towarzystwa. Z niezwykłą swobodą brylował na wiedeńskim i berlińskim dworze, zadziwiał wielkich tego świata doskonałymi umiejętnościami jeździeckimi i gruntowną znajomością historii polskiego oręża. Całym jego życiem zaś było malarstwo batalistyczne, a celem – apoteoza wojska polskiego i jego wielkich tryumfów.

Bohaterami swoich obrazów czynił wiarusów napoleońskich i listopadowych, legionistów i żołnierzy Niepodległej. „Jest to niewątpliwie malarz bardzo polski – napisał o nim Mieczysław Wallis – przez swój temperament i rozmach, przez swą brawurę i werwę wyrażającą się między innymi w junackim, szerokim, zamaszystym i potoczystym dukcie pędzla, przez swe upodobanie do tematów rycersko-wojskowych i łowieckich”.  Kity, olbrzymie pompony i pióropusze…

Przyszedł na świat w Paryżu, w noc sylwestrową 1856 roku, tuż przed północą, a kilkanaście minut później urodził się jego brat bliźniak Tadeusz. Los jednak chciał, aby to właśnie Wojciech, którego do chrztu podawał światowej sławy batalista Horacy Vernet, okazał się wybrańcem muz, nieodrodnym synem Juliusza, „spadkobiercą części jego olbrzymiego talentu, tak szczerego i pełnego życia, a tak wyjątkowo polskiego”. Przyszłemu twórcy wielkich panoram bitewnych niemal od kołyski

     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze