Hip-hop, polityka i wartości

Rap jest czymś dużo więcej niż opowiadaną do skocznego bitu historią o paleniu blantów w szerokich spodniach. Jest opowieścią pokolenia, które w dużej mierze wychowywało się samo i na własną rękę szukało odpowiedzi na najważniejsze pytania. Te odpowiedzi były często dużo bardziej dojrzałe niż spodziewali się ci, którzy rapu słuchali tylko powierzchownie. 

Gdy hip-hop w USA stawał się prawdziwym kulturowym fenomenem, który nie tylko zmieniał rynek muzyczny, lecz także wywierał potężny wpływ na wiele innych dziedzin życia, przedstawiciele lewicy wiązali z nim ogromne nadzieje.

Bity, rymy i Czarne Pantery
Amerykańscy intelektualiści byli przekonani o tym, że w latach 60. i 70. kontrkulturowy ruch napędzany kolejnymi piosenkami Janis Joplin, Boba Dylana czy The Grateful Dead wywarł zbawienny wpływ na życie społeczne i doprowadził do końca wojny w Wietnamie, rewolucji obyczajowej i sukcesu ruchu Praw Obywatelskich. To, czy ich diagnoza była prawdziwa, mogłoby być tematem innego tekstu, tu wystarczy nam fakt, że tuzy lewicy do dziś wierzą w legendę udanej, hippisowskiej rewolucji. Nic więc dziwnego, że gdy serca amerykańskich nastolatków zaczął podbijać hip-hop, ci sami intelektualiści widzieli w nim nowy, popkulturowy wehikuł do rozprzestrzeniania swoich idei. 
Teoretycznie warunki do uczynienia z hip-hopu muzyki rewolucji wydawały się idealne. Zaczynając od formy: hip-hop wydawał się wzorcowym przykładem sztuki postmodernistycznej. Podkład tworzony był z próbek i pętli podbieranych z istniejących już wcześniej nagrań, ich przetworzenie tworzyło zupełnie nową jakość. Poza tym, czy jest coś bardziej buntowniczego niż, oburzająca dla starszych muzyków, technika „scratchowania”, ręczne przesuwanie płyty po igle gramofonowej, wywołujące kakofonię dziwnych i niespodziewanych dźwięków? Gdy na przełomie lat 70. i 80. hiphopowi innowatorzy zdobywali sławę w Nowym Jorku, jednymi z pierwszych entuzjastów ich...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: