Moje ciało… Poważnie?

Niemiecki dziennik „Tagesspiegel”. Wydanie z 7 grudnia. Na stronie 32 tekst zatytułowany: „Przeciw stygmatyzacji przerywania ciąży”, kilkanaście stron dalej artykuł „Żadnego krzyku. Nic. Cisza”.  W tym pierwszym laudatio na cześć organizacji szkolących przyszłych aborcjonistów, w drugim historia matki, której kilkudniowe dziecko umiera na szpitalnym łóżku.  Kobieta ubierająca swoje dziecko w śpiochy do trumny, a za rogiem profesjonalnie i sterylnie zadawana śmierć. Nowocześnie i trendy. „Kiedy ktoś mnie pyta, ile mam dzieci, odpowiadam: dwójkę. Jedno żyjące i jedno martwe. Ludzie niechętnie mówią o śmierci” – pisze na łamach „Tagesspiegla” Katja Demirci, wspominając klatka po klatce tydzień z życia jej pierwszego dziecka. Jedyny tydzień. Narodziny, strapione miny lekarzy, reanimacja, iskra nadziei, a na koniec przedsiębiorca pogrzebowy radzący, by na ceremonię przynieść salaterkę z płatkami róż. „Bo wszyscy tak robią. Płatki muszą być”. Hej, o czym oni mówią… Takie wspomnienia wgryzają się w mózg. Ping-pong między obwinianiem samej siebie a szukaniem racjonalnego wytłumaczenia, „dlaczego właśnie mnie to spotkało”. Nie ma racjonalnego wytłumaczenia. Nawet gdyby było, to nic nie zmienia. Wytłumaczenie jak plaster naklejony na otwarte złamanie. I tak przychodzą ból, depresja, kanał emocjonalny. A potem zaglądanie do cudzych wózków, ciekawskie spojrzenia sąsiadów, którzy drążą: „a gdzie jest pani dzidziuś?”, cierpliwe wysłuchiwanie znajomych
     
27%
pozostało do przeczytania: 73%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze