Chodź, pokażę ci największy burdel Europy

400, 500 tysięcy, a może nawet milion. Nie wiadomo, ile kobiet w Niemczech trudni się prostytucją. W niewiedzy żyją urzędnicy i ministerstwa. Przyjmuje się jednak, że nawet 90 proc. kobiet w sex-biznesie to cudzoziemki, głównie z Europy Wschodniej. – W Niemczech trudniej jest otworzyć budkę z frytkami niż dom publiczny – stwierdziła w 2016 roku była minister ds. rodziny Manuela Schwesig. A jak jest dziś? – To wstyd, że Niemcy stały się największym burdelem Europy – mówi „Nowemu Państwu” Marie Merklinger, kiedyś prostytutka, dziś aktywistka działająca na rzecz wprowadzenia w Niemczech prawa wzorowanego na rozwiązaniach obowiązujących w Szwecji.

Wie pani, jakie to uczucie, patrzeć na te młode dziewczyny, w pończochach, półnagie, stłoczone jedna przy drugiej w kącie burdelu? Bo ja wiem. I tego nie sposób wymazać z pamięci. To w człowieku zostaje i budzi przerażenie, a potem bunt. Bo one nawet nie wiedzą, że można się z tego wyrwać. Przyzwyczajają się do bicia i poniewierania – to pierwsze słowa w rozmowie z Marie Merklinger, która zna niemiecki sex-biznes od podszewki. – Nie da się napisać obiektywnie o prostytucji, bo ona jest odczłowieczająca, nie wierzę w wyważenie racji – dodaje. I zaczyna swoją opowieść.

Inaczej bym oszalała
Zaczęła się prostytuować po czterdziestce. Był rok 2009. Kryzys ekonomiczny dawał się we znaki również Niemcom. Merklinger straciła pracę, nikt specjalnie się nie palił, by ją zatrudnić. Na stole stos rachunków, w kieszeni pusto, znikąd pomocy. Pomysł pojawił się ot tak. Przecież zawsze można przestać. To tylko na chwilę. Pierwszy klient miał ciężką rękę. Pierwszy szok. A potem już poszło swoim trybem. Marie opowiada swoją historię bez znieczulenia, niczego nie upiększa. – Nie pracowałam w domu publicznym, założyłam profil w intrenecie i w ten sposób docierałam do klientów. To trwało dwa lata, do momentu, aż znalazłam pracę. Prostytucja to nie jest żaden normalny zawód, proszę nie...
[pozostało do przeczytania 89% tekstu]
Dostęp do artykułów: