Żwirko i Wigura, czyli rycerska łobuzeria polska

„Niech żyje lotnictwo Polskie! Jakże pragnę, aby ten mój okrzyk usłyszała i zrozumiała cała Polska, jak długa i szeroka – od fal Bałtyku po Karpat szczyty!” – to były słowa pilota Franciszka Żwirki po wygranych zawodach w Berlinie. Nieprzeliczone tłumy wyległy na ulice Poznania, Warszawy i Wilna, by witać tych, którzy pokonali Niemców. Inżynier Stanisław Wigura – uczestnik wojny polsko-bolszewickiej – i porucznik Żwirko – żołnierz Dowbora--Muśnickiego – znaleźli się w 1932 roku na ustach całego świata. Gdy dwa tygodnie później zginęli w wypadku, 300 tysięcy ludzi na czele z Marszałkiem Piłsudskim odprowadziło ich na Powązki. A potem na ich legendzie wychowali się ci z Dywizjonu 303… Pisarz Zygmunt Nowakowski tak relacjonował chwilę, gdy wieść o ich śmierci rozeszła się po Polsce lotem błyskawicy: „– Kazek, oprzyj się o mur, bo jak ci coś powiem, to cię szlag trafi na miejscu! – rzekł pewien szofer do kolegi. – No, co takiego? – Oprzyj się, mówię ci! – Gadaj prędzej! – Żwirko i Wigura zabili się! – Jezus Maria!”. Ten płacz niósł się przez całą Polskę. Bloger Andrzej Budzyk przytoczył niedawno z pamięci dziecięcy wierszyk o tej tragedii, który przekazała mu babcia. Opowiadał on o 2-letnim wówczas synku Żwirki, Henryku: Tatuś pojechał, Synek spał jeszcze i śnił o pięknym koniku, Co mu go Tatuś z Pragi przywiezie, Poda wśród śmiechów i krzyków. Przywita Synka, weźmie w ramiona, Tak jak to było z Berlina. Synek pobiegnie ku Tatusiowi, Żadna go siła nie wstrzyma.
     
7%
pozostało do przeczytania: 93%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze