Diwa, diablica i elf mistrza Strindberga

August Strindberg bywał czarujący i wiedział, jak obchodzić się z kobietami, lecz korzystał z tej wiedzy wyrywkowo. Ambitną Fridę Uhl w napadach szału potrafił nazwać diablicą, Harriet Bosse zamiast typowych oświadczyn usłyszała: „Czy chciałaby pani mieć ze mną małe dziecko?”, o Siri von Essen napisał: „księżniczka, z którą krew zmieszał świniopas”. 22 stycznia przypada 170. rocznica urodzin ekscentrycznego Szweda. Genialnego dramatopisarza, malarza, fotografa, amatora alchemii i ezoteryki, „chrześcijanina bezwyznaniowego”, duchowego ucznia Emanuela Swedenborga i trzykrotnie rozczarowanego męża trzech nietuzinkowych heroin. Za życia pewną chropowatość Strindberga w relacjach z kobietami przypisywano jego chorobliwej wręcz niechęci do idei równouprawnienia. Większość kobiet w jego dramatach to istoty nieobliczalne, pragnące wyrwać się z kokonu konwenansu, choć nierzadko tragicznie zagubione, poszukujące swej tożsamości, rozbijające się o skały własnych ograniczeń, raz bezwzględne intrygantki, za chwilę kruche, porcelanowe lalki. Jak sztandarowa postać kobieca Strindbergowskich eksperymentów z gatunku wojny płci, bohaterka dramatu „Panna Julia” (1888). Dziewczyna łącząca w sobie ogień, wodę i ten mocno gorzki, tak bardzo różny od niemieckiego, bo konsumowany na zimno skandynawski Weltschmerz. Takie mieszanki nie wróżą ckliwych happy endów. „Panna Julia” jest najczęściej ekranizowanym i wystawianym dramatem Strindberga, szczególnie godny polecenia wydaje się
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze