WALIZKI KSIĘŻNICZKI

Magdalena Samozwaniec wspominała, jak poznały się ze Stryjeńską. Pewnego dnia usłyszała, że z saloniku jej rodzinnej willi „Kossakówki” dochodzą głośne dźwięki fortepianu. Zdziwiona zeszła na dół. Zobaczyła przy fortepianie „jakieś zabawne stworzenie z murzyńską kręconą czupryną i wspaniałymi, ognistymi, ciemnymi oczami”. – Co pani tu robi? – spytała. – Jestem Zofia Lubańska – przedstawiło się stworzenie. – Ten domek mi się spodobał, więc weszłam na werandę i gram na fortepianie. Proszę mi nie przeszkadzać. Liczne awantury przyniosły jej opinię – określenie Ireny Krzywickiej – „półwariatki”. W szkole, w której rektorem był jej mąż, Stryjeńska w biały dzień powybijała szyby, a godzinę przed uroczystym oprowadzaniem po niej samego prezydenta pocięła mężowi na kawałki przygotowany na tę okazję frak. Nie lubiła zmanierowanych wywiadów o sztuce. Jednemu z dziennikarzy oświadczyła: „Nie mówmy już o malarstwie. Ja tak nie lubię! To takie nudne. Każdy ze mną o tym chce mówić. A ja uwielbiam boks”. Głośno było też o jej wystawie w Warszawie, przygotowanej z wielką pompą, którą natychmiast po otwarciu... zajął komornik, bo w kryzysowych latach 30. popadła w tarapaty finansowe. Gdy Stryjeńską w wyniku intrygi zamknięto do szpitala psychiatrycznego, skończyło się to dymisjami zakopiańskiego lekarza zdrojowego Tadeusza Gabryszewskiego oraz komisarza rządu na Zakopane. Decyzję o jej wypuszczeniu na wolność z euforią przyjęli czytelnicy gazet, codziennie relacjonujących rozwój wydarzeń. „
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze