Artysta o ręce bezbronnej, ale potężnej 

NAC
„Będzie w sacro sanctum, gdzie królowie ducha polskiego, tam gdzie Mickiewicz, Chopin, Słowacki […], bo [...] to symbol energii narodu, mocy wobec katów i gnębicieli. […] Jest »buntowszczykiem« pięści wprawdzie bezbronnej, ale potężnej”. Tak Wojciech Kossak mówił o Arturze Grottgerze.

Był twórcą na wskroś narodowym, spadkobiercą wielkich romantycznych tradycji patriotycznych, genialnym wyrazicielem potęgi polskiego ducha i martyrologii swojego pokolenia, był też miłośnikiem koni i ojczystej historii, młodym adeptem malarstwa, który, zgłębiając jego arkana w Krakowie i Wiedniu, cierpiał nędzę i głód, ale karmił się sztuką i sztukę tworzył, a nieuleczalnie chory na gruźlicę zmarł w wieku 30 lat w pełni swego artystycznego rozwoju, pozostawiając po sobie niezapomniane cykle rysunków powstańczych „Polonia” i „Lituania”, obrazy polskich zesłańców gnanych na Sybir i wstrząsające sceny wojenne stanowiące ziemską odsłonę Dantejskiego piekła. 

Pierwsze wtajemniczenie
Artystyczny geniusz Artura Grottgera wyrastał z ducha polskiej ziemi, choć w nim samym płynęła krew polska, francuska i chorwacka. Przyszedł na świat 11 grudnia 1837 r. w Ottyniowicach – majątku dzierżawionym przez jego ojca niedaleko Lwowa. Od najmłodszych lat chłonął atmosferę ziemiańskiego świata, którego centrum stanowił tonący w kwiatach staropolski dworek, za nim ciągnął się sad z dojrzewającymi bergamotkami, węgierkami i klapsami, kusiła swojska pasieka, dookoła zaś szumiały stare dęby, lipy, jesiony i buki. To była kraina dzieciństwa Artura, w której wzrastał, rozkoszując się urokami wsi i pędząc niekończące się godziny na zabawach z młodszym rodzeństwem, bo było ich w domu czworo – on najstarszy, nazywany przez wszystkich Aciem, jego brat Jaruś, siostra Munia i najmłodszy Oleś. Jakże tej małej gromadce musiało być wesoło, gdy bawili się w cetno i licho, w piekło i niebo, w chowanego i berka. Mama Acia, pani Krystyna z domu Blaháo de...
[pozostało do przeczytania 90% tekstu]
Dostęp do artykułów: