Nadzwyczajne kasty w togach

arch.
Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania; 
sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli. 
Ewangelia wg św. Łukasza 11, 52

Szczególnie barwną postacią, która może być symbolem przenikania się kast sędziowskiej i akademickiej w czasach PRL i III RP, jest Julian Haraschin – sędzia czasów stalinowskich robiący akademicką karierę „Nikodema Dyzmy” na UJ po tzw. odwilży, którego spuścizna przetrwała do dziś. Założył swoistą wytwórnię lipnych dyplomów i nieźle na tym zarabiał. Produkcja ta została udoskonalona w III RP – Haraschin robił to metodą chałupniczą, w III RP przystąpiono do wytwarzania lipnych dyplomów na skalę wręcz przemysłową.


Mimo że art. 32. Konstytucji RP głosi: „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”, to jednak obywatele od lat odczuwają, że wobec Temidy nie wszyscy są równi, a nakaz równego traktowania przez władze publiczne jest jedynie iluzoryczny. W polskim prawodawstwie nie ma co prawda mowy o istnieniu kast, ale widoczna odrębność niektórych grup społecznych w życiu publicznym wskazywałaby na ich obecność. 

Zdekonspirowana kasta sędziowska
Jedna z kast niejako sama się zdekonspirowała słynną już wypowiedzią sędzi Naczelnego Sądu Administracyjnego Ireny Kamińskiej, która podczas Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów Polskich 3 września 2016 r. środowisko sędziowskie określiła „zupełnie nadzwyczajną kastą ludzi”. Co prawda, Stowarzyszenie Sędziów Polskich przeprosiło za te słowa sędzi NSA, ale wielu uznało, że były one niezwykle trafne i zgodne z definicją kasty, dobrze oddawało istniejący stan rzeczy, pokrywało się z odczuciami zwykłych obywateli.
Kasta to przecież zamknięta grupa społeczna, do której przynależność jest dziedziczna. I tak się rzeczy mają z grupą sędziów, choć nie tylko, a to nie jest zgodne z polską konstytucją. Powinny być zatem podjęte kroki prawne,...
[pozostało do przeczytania 80% tekstu]
Dostęp do artykułów: