Sienkiewicz u ludożerców, czyli o „Listach z Afryki”

„Był to widok prawdziwie afrykański […] widziałem więc muskuły piersi i ramion po prostu muzealne. Większa część posiadała przepaski perkalowe, niektórzy jednak mieli biodra otoczone suchymi trawami. Wielu nosiło pelele w wargach; spostrzegłem także wiele czupryn ułożonych w róg nad czołem” – tak Henryk Sienkiewicz wspominał w „Listach z Afryki” swój pobyt w wiosce ludożerców. Obchody 100. rocznicy śmierci naszego noblisty stanowią doskonałą okazję, by przypomnieć jego oryginalne dzieło, które zrodziła podróż w głąb Czarnego Kontynentu, a o którym dziś prawie nikt nie pamięta. Znamy doskonale Sienkiewiczowską Trylogię, „Quo vadis?”, „Krzyżaków”, „Latarnika”…, ale mało kto słyszał o „Listach z Afryki”. Wytworzyła się bowiem wokół nich trwająca ponad pół wieku zmowa milczenia. Dopiero teraz wydobyte zostały z zapomnienia dzięki inicjatywie wydawnictwa Most, które doprowadziło do ich wznowienia. A przecież „Listy z Afryki” bez wątpienia zasługują na swoje drugie życie, chociażby dlatego, że odsłaniają jeden z najbardziej fascynujących lądów, który w drugiej połowie XIX wieku stał się obszarem szczególnej eksploracji Europejczyków ogarniętych „gorączką podróżniczą”. W gronie śmiałków wyruszających do Afryki obok kolonizatorów, misjonarzy, uczonych, handlarzy kością słoniową, łowców przygód zabraknąć nie mogło pisarzy-podróżników, a wśród nich – Henryka Sienkiewicza. To właśnie dzięki niemu stajemy się uczestnikami niezapomnianej podróży w głąb Czarnego Lądu,
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze