Krew na kitlu

27 stycznia w Bundestagu uczczono Dzień Pamięci o Ofiarach Narodowego Socjalizmu. Po raz pierwszy w historii niemieckiego parlamentu w sposób szczególny wspomniano o ofiarach eutanazji i zbrodniarzach w kitlach, bez których pomocy nazistowskie Niemcy nie zdołałyby tak dalece zakroić masowej eksterminacji słabych, chorych, uznanych za niegodnych życia. Gościem honorowym tego dnia był w Bundestagu Sebastian Urbanski, aktor z zespołem Downa. Urbanski odczytał list upośledzonego mężczyzny, który przed 74 laty padł ofiarą akcji eksterminacyjnej T4. Gdyby Urbanski żył w Berlinie lat 40., zostałby niechybnie zagłodzony w jednej z umieralni zwanych klinikami.
To dobrze, że nasi zachodni sąsiedzi mają tego świadomość.


Wiele napisano o korzyściach niemieckiego przemysłu farmaceutycznego, który na bazie bestialskich eksperymentów na więźniach obozów koncentracyjnych zdołał po wojnie zbudować swoją pozycję lidera na światowych rynkach, nieco mniej mówiono o tym, jak na własnym terenie niemieccy naukowcy potrafili bez uszczerbku na sumieniu korzystać z tego, co podsuwał im system. W ostatnich latach panuje w Niemczech trend na „coming outy” ośrodków uniwersyteckich i klinik, które w ramach rozliczenia z przeszłością składają samokrytykę za lata wojenne. Co prawda, nikt już za nic nie odpowie, żaden profesor nie straci stanowiska, ale chociaż powstają raporty, broszury i wystawy. Takie chociażby, jak ta sprzed półtora roku w salach Kliniki Psychiatrycznej Berliner Charite, gdzie udokumentowano medyczne zbrodnie dokonane w berlińskim ośrodku w latach 1940–1945 na chorych psychicznie. W Giessen zaś kilka tygodni temu władze Justus-Liebig-Universität wzięły się za prześwietlenie działalności medyków czynnych w latach II wojny światowej m.in. w Szpitalu dla Nerwowo Chorych w Giessen. Ludzie ci rzetelnie wypełniali program eutanazyjny, a w latach 60. wychodzili z uczelni z tytułem doctora honoris causa. Wśród nich znaleźli się profesorowie Julius...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: