Rosyjski stół i zachodnie nożyce wpływu

Moskwie szczególnie teraz potrzebni są pożyteczni idioci i świadomi oraz nieświadomi agenci wpływu. Czy rzecznik Białego Domu Jay Carney jest rosyjskim „agentem  wpływu” czy zwykłym idiotą? Być może – to wersja optymistyczna – ani jednym, ani drugim. Z całą pewnością jednak jest człowiekiem skrajnie niefrasobliwym. Jego mieszkanie obwieszone propagandowymi plakatami sowieckimi z czasów II wojny światowej, na tle których dał się uwiecznić fotoreporterom, to dobry przykład ważnej osoby publicznej na Zachodzie, która swoją bezmyślnością „oswaja” Rosję w oczach macierzystej opinii publicznej. Jedni mają plakaty z Jimim Hendriksem, inni Marilyn Monroe, a jeszcze inni – jak ów błazen zatrudniony w Białym Domu – z radziecką armią. W ten sposób takie polityczne niedorozwoje wytwarzają czytelny przekaz do środowisk opiniotwórczych: Armia Czerwona i komunizm to część popkultury, może i kontrowersyjna − ale czy ten, czy drugi rockman ćpający na okrągło narkotyki i demolujący hotele są postaciami kontrowersyjnymi? To zrównanie lekkomyślnych artystów z armią w służbie totalitaryzmu to doprawdy wspaniały prezent dla Moskwy. Prestiżowy brytyjski dziennik „Financial Times” opublikował niedawno artykuł, którego główną tezą było: „Putin has many friends on the West”. Poważna, wychodząca w Londynie gazeta trafiło w sedno: w rzeczy samej „4 x P”, czyli Pułkownik Prezydent Premier Putin ma na Zachodzie wielu przyjaciół. I zupełnie nieprzypadkowo ujawnili się oni w ostatnich

     
34%
pozostało do przeczytania: 66%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze