Suwerenność, czyli „ino tylko trzeba chcieć”

Suwerenność Polski jest stopniowo ograniczana przez Unię Europejską. To fakt. UE jest obecnie jak narkoman na głodzie, który przyjmuje coraz większe dawki i końca tego nie widać. Bruksela to samo: pokrzykując „więcej Europy”, żarłocznie wchłania kolejne kompetencje państw narodowych. Przypomina to, jako żywo, praktykę komunizmu − tam walka klasowa miała się zaostrzać w miarę budowy państwa socjalistycznego. W Stanach Zjednoczonych Europy jest identycznie: im Unia bardziej naciska pedał federalizmu, tym więcej pojawia się wrogów „zjednoczonej Europy”: eurosceptyków, eurorealistów, konserwatystów-tradycjonalistów. Oczywiście Rzeczpospolita nie jest jedynym krajem–celem ataku integrującej się do bólu UE. To samo dotyczy innych krajów członkowskich, zarówno największych, średnich, jak i najmniejszych. Choć, rzecz jasna, w lewicującej Unii jest jak u lewicującego George’a Orwella: i tu, i tam wszystkie zwierzęta (państwa) są równe, ale niektóre równiejsze. Regulacje unijne majoryzują ustawodawstwo krajowe, jednak przede wszystkim uderzają w państwa średnie, małe i „nowej Unii”. Proces „pogłębiania” eurostruktur kosztem ich „rozszerzania”, widoczny gołym okiem, jest w dużym stopniu korzystny dla Berlina, w niemałym stopniu dla Paryża (choć Hollande nie za bardzo wie, jak to wykorzystać). Inni na tym tracą. Więcej czy mniej − ale tracą. A czemu napisałem, że szczególnie tracą na tym kraje, które akces do UE złożyły w 2004 r., w dwóch etapach (2007, 2013), i później
     
39%
pozostało do przeczytania: 61%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze