Pierwszy obywatel wolnej Polski

W San Francisco wiosną 1945 r. odbyła się konferencja założycielska ONZ. Na scenie wisiały flagi państw całego świata. Zabrakło jednej – polskiej. Artur Rubinstein, światowej sławy pianista, miał zagrać przed możnymi tego świata.  Furia, wściekłość  – tak opisze uczucie, które go wtedy opanowało. „Ja tego nie mogę tolerować… Proszę wstać” – zażądał od sali. I ostentacyjnie, z narastającą wściekłością, zagrał Mazurka Dąbrowskiego.   Samowolna zmiana programu światowej konferencji, jakiej dokonał jeden z najwybitniejszych pianistów XX wieku, odbiła się szerokim echem. Po odegraniu polskiego hymnu rozległ się huragan braw. Sowiecka delegacja, której przewodził Wiaczesław Mołotow, zmuszona do powstania w czasie hymnu niepodległej Polski, nie kryła wściekłości.   Mężowie stanu, którzy przybyli do San Francisco, na czele z prezydentem Stanów Zjednoczonych Harrym Trumanem, znali Rubinsteina jako wirtuoza fortepianu, genialnego wykonawcę utworów Chopina, Brahmsa, Mozarta czy Beethovena. Z wieloma z koronowanych głów się przyjaźnił.   Znali go także jako bohatera licznych romansów i legendę rozrywkowej bohemy. Ale Maestro Rubinstein – dziecko biednej, łódzkiej ulicy, które zrobiło niewyobrażalną karierę w największych salach koncertowych świata – czuł się przede wszystkim niezłomnym polskim patriotą. Dlatego postanowił wygarnąć światu, w tym wielu przyjaciołom, co sądzi o ich nikczemności. I samobójczej ustępliwości wobec sowieckiego chamstwa.   Wiedział, o czym mówi. Był przecież
     
7%
pozostało do przeczytania: 93%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze