Znaleźć klucz

W „Przypadkach mojego życia” takich opowieści jest sporo. Każdy przyjazd do rodzinnego Tarnowa jest wstrząsem. Każdy wstrząs przeżywany jest osobiście – miesza się w nim sarkazm dojrzałego pisarza, który jest gdzieś daleko i wysoko, z rozczuleniem, z przywołaniem drobiazgów, szczegółów, małych wydarzeń i zapomnianych ludzi. To wszystko jest naturalne i tego powinniśmy się spodziewać, takie są podróże do krainy dzieciństwa. To, co u Brandstaettera najciekawsze, to nieustanne przywoływanie śmierci w rodzinnym mieście. „Cmentarz minionych lat” – tak je nazywa i nie chodzi tylko o banalną konstatację mijającego czasu. Kiedy w innym miejscu opisuje przyjazd do tarnowskiego teatru na premierę własnej sztuki, spotkanie z reżyserem i herbatę w jego mieszkaniu, przywołuje Hades. Tak, aktorzy tarnowscy mieszkali wówczas w dawnym szpitalu, na miejscu kostnicy. Pisarz przyjeżdża więc do rodzinnego miasta i pije herbatę w kostnicy. Tylko on wie, co było w miejscu zacisznej norki młodego reżysera. Tylko jemu jest znany ten makabryczny kontekst. Tylko jemu ta herbata nie może smakować. Jak to jest, że im więcej myślimy o dzieciństwie, zamiast beztroski przypominamy sobie o śmierci? Dlaczego ta niewinność dziecinnego spojrzenia nie może już odżyć? Dlaczego nie można patrzeć tak samo, jak patrzyło się w szczenięcych latach? Brandstaetter trochę próbuje. Kiedy więc jest już na sali teatralnej, tej samej, w której oglądał swoje pierwsze przedstawienia, zauważa, że kurtyna pozostała również ta
     
40%
pozostało do przeczytania: 60%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze