Ucieczka z Kazachstanu

A przecież mieli takie same nazwiska, obyczaje, tę samą Matkę Boską, mówili tym samym językiem i z takim samym zaśpiewem. Tylko ci pierwsi całe życie spędzili pod carem i pod bolszewią, Rzeczpospolita do nich nie zdołała dojść i zostawiła swoje dzieci na pastwę „czerwonego caratu”. A więc ci z Żytomierszczyzny czy z Mińszczyzny, ci, którzy mieszkali wcześniej, przed wywózką, w zlikwidowanych potem obwodach im. Marchlewskiego czy Dzierżyńskiego przeczuwali, że ten pociąg do Polski, do ojczyzny, której nigdy przecież nie widzieli, może być nie dla nich. Niektórzy łudzili się nadzieją, że transport będzie dla wszystkich Polaków, inni gadali, że każdy będzie miał niby prawo wyboru, czy chce jechać, czy zostać na obcej, kazachstańskiej ziemi, ale też sami w to nie wierzyli, bo przecież było jasne, jak słońce nad Dniestrem, że wszyscy chcieli jechać „za kordon”, do swoich, do Matki Polski, o której tylko czytali, mówili i, coraz częściej, śnili. A jednocześnie u wszystkich narastała trwoga, chwytająca za gardło żelazną obręczą, że wszyscy oni zostaną tutaj aż do śmierci, że Ruski nie pozwoli im wyjechać, że sczezną na tym stepie wśród skośnookich Kazachów, bez swoich grobów, polskich szkół, polskich książek, zapomniani przez Boga i rodaków. Niejeden budził się w nocy gwałtownie oblany zimnym potem, z krzykiem, bo właśnie śnił mu się transport i żołnierze z czerwonymi gwiazdami na czapkach, którzy odganiali jednych Polaków, a do wagonów zapędzali drugich. x  x  x Tak to już jest w
15%
pozostało do przeczytania: 85%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.panstwo.net

W tym numerze