Ameryka powyborcza

Zarówno w tej ważnej dziedzinie, jak i w prowadzeniu „twardej”, adekwatnej do naszych czasów polityki zagranicznej, Ameryka stanowiła w moich oczach ostatni bastion, ostatnią nadzieję na odrodzenie naszej cywilizacji.

Do tego dochodzi wpływ amerykańskiej gospodarki – nie tylko jej stanu, ale i kształtu, jaki jej model przybierze – na świat. W tym drugim przypadku – podobnie jak w wymienionych dziedzinach – powinna, mogła stanowić pewną alternatywę wobec niemających przyszłości rozwiązań europejskich.

Z tych i innych względów rozwój spraw w Ameryce to nie jakaś egzotyka, sprawa mało nas dotycząca. Jeśli więc piszę o tamtejszej powyborczej sytuacji, dotykam kwestii, które mają i mieć będą wpływ również na Polskę.

Test międzynarodowy

Zmiana, na szczeblu prezydenckim, partii rządzącej jest czymś zdrowym, wręcz naturalnym, mało kontrowersyjnym. Na ogół.
Piszę to we wczesnogrudniowym okresie przejściowym. Potrwa on zresztą czas dłuższy. W ciągu dwóch–trzech miesięcy nie wszystko się wyjaśni, ale będą już znane wstępne posunięcia nowej administracji, wykraczające poza sprawy personalno-nominacyjne.

Pierwsze nominacje Obamy spotkały się z niemal powszechnym uznaniem, nie wiem, czy w pełni trafnym (a także z pierwszymi protestami, ulicznymi i medialnymi, wśród stanowiącej część jego elektoratu skrajnej lewicy). Są przejawem pragmatyzmu prezydenta-elekta. Motywowane są również względami wewnętrznymi, chęcią zgrupowania wokół siebie byłych prezydenckich rywali, pozyskania ich zwolenników.

Dotychczas skupiano się (mówię o ludziach prawicy) na drodze życiowej Obamy, jego senackich głosowaniach itd. – i rzeczywiście wyglądało to fatalnie.

Ale w czasie kampanii, przesunął się on w różnych dziedzinach, przynajmniej retorycznie, do centrum. Czy była to tylko gra? Na ile owym pragmatyzmem będzie się kierował, na ile będzie mógł? Amerykanie są zaniepokojeni, sfrustrowani sytuacją...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: